Życzę Wam zaczytanych, spokojnych świąt, spędzonych w gronie najbliższych, tych realnych i fikcyjnych ;)
środa, 23 grudnia 2015
Rok z życia pisarza.
Trzydziesty
trzeci rok życia obrósł w naszej tradycji wieloma symbolami, stanowiąc moment
przejścia między młodością i dojrzałością. Dla Jacka Dehnela urodziny te stają
się pretekstem do sprawdzenia: ,, czy „to coś więcej, niż umowna granica”.
„Dziennik…” miał uchwycić zatem czas
pierwszych podsumowań, zastanawiania się nad swoimi wyborami i dokonaniami; moment
kiedy przestaje się być młodym i obiecującym, a więc czas szczególnie bolesny
dla każdego twórcy.
Autor już na początku kryguje się
nieco, gdy na pierwszych stronach dziennika zastanawia się, kto chciałby czytać
o jego życiu. Takie niepotrzebne wtręty pojawiają się jeszcze kilkakrotnie, trochę
odbierając przyjemność z lektury, ale na szczęście przez większość stron Dehnel
pisze sympatycznie, z dużym poczuciem humoru, erudycyjnie i z wdziękiem.
Czytelnik liczący na kontrowersje i
pikantne szczegóły z życia autora, srodze się zawiedzie. Dehnel prowadzi
uporządkowane, dosyć nawet monotonne miejscami, życie człowieka zarabiającego
na chleb piórem. Spotkania z przyjaciółmi, trasy promujące książki użeranie się
z kapryśną muzą, a do tego remont, problemy rodzinne i liczne podróże- tak
wygląda przeważająca część dni pisarza. Suma dni przedstawia się dosyć,
rzekłabym, mieszczańsko: żadnych
ekscesów, czy też ekstrawagancji artysty, spektakularnych zmagań z materią słowa,
rozdzierających scen.
Dehnel pokazuje nam nie tylko twarz
pisarza, ale także swoje kronikarskie zacięcie oraz skłonności do bardzo
zjadliwego komentowania otaczającej go rzeczywistości. Miejscami nawet narzeka,
jak rasowy staruszek z ławki w parku, niezadowolony z wszystkich i wszystkiego.
Na szczęście przez byciem mizantropem broni go poczucie humoru, pozwalające na
opisywanie pewnych zdarzeń z dystansem.
Publikowanie własnego dziennika,
szczególnie w przypadku kogoś tak młodego, przeważnie spotyka się z falą
krytyki. Nie inaczej było w tym przypadku, w prasie pojawiły się liczne głosy
pytające o dorobek Dehnela i powody skłaniające do takiego ekshibicjonizmu. Pisarz
próbuje się rozprawić z krytyką, ale
szczerze mówiąc ta część jego dziennika jest jedną ze słabszych. Co nie zmienia
faktu, że głosy krytyczne pojawiły się moim zdaniem dużo na wyrost.
Nie mamy oczywiście do czynienia z
przykładem diarystyki na wysokim poziomie, raczej z sympatycznym projektem
artystycznym. Kto lubi autora, ten z przyjemnością sięgnie po zapiski z roku
jego trzydziestych trzecich urodzin. Innych być może przekona cięty język i
możliwość obcowania z codziennością pisarza młodego pokolenia.
Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Liza Marklund żegna się z Anniką.
Liza Marklund
„Żelazną krwią” żegna się z Anniką Bentgzon: jedenasty tom przygód dziennikarki
jest zarazem ostatnim. Nadszedł więc czas na zamknięcie pewnych wątków i
dokończenie wielu spraw.
Historia rozpoczyna się atakiem
paniki głównej bohaterki, kobiety wydawałoby się nareszcie szczęśliwej. Udany
związek, poprawa relacji z byłym mężem, stabilizacja w pracy- Annika ma to wszystko, ale mimo to co
jakiś czas pada ofiarą napadów strachu, strachu tak ogromnego, że powodującego
omdlenia. Dziennikarka ląduje, rzecz jasna, na kozetce u psychiatry i z pomocą
lekarza stara się dociec przyczyn swojego strachu, co staje się pretekstem do
wycieczek w przeszłość i wyjaśniania wielu tajemnic, nie tylko zawodowych ale
także rodzinnych.
Równolegle z terapią trwa kolejne dochodzenie,
w które uwikłana jest nasza bohaterka. Ponowne otwarcie śledztwa w sprawie
seryjnego mordercy pozwala na odszukanie sprawcy śmierci młodej dziewczyny, historii
jeszcze z początków kariery dziennikarki.
Zabójca młodej dziewczyny, Josefin, uniknął kary, dzięki fałszywemu alibi;
teraz Bentgzon postanawia doprowadzić do jego ukarania. Marklund nie ustaje w
mnożeniu wątków i dorzuca także tajemnicze zniknięcie siostry Anniki, Brigitta przepada
pewnego dnia, jako jedyny ślad pozostawiając wysyłane SMS-y. Jakby tego było
mało, najprawdopodobniej porywacze siostry mają powiązanie z badanymi przez
Annikę morderstwami…
Na
drugim planie autorka buduje przerażającą wizję społeczeństwa hejterów, którzy
od głoszenia nienawistnych haseł w Internecie, czasami przechodzą do czynów w
świecie realnym. Marklund znana jest z poruszania ważkich kwestii społecznych,
więc także tym razem dużo miejsca poświęconego zostaje wolności słowa w
Internecie i odpowiedzialności karnej nawołujących do nienawiści internautów.
Marklund
należy do grona pisarzy tworzących swoje powieści na dosyć równym poziomie,
nawet słabsze pozycje z cyklu bronią się, jako solidne kryminały. Nie inaczej
jest z ostatnią częścią. Znów zanurzamy się w mroczne zakamarki psychiki
prawdziwych psychopatów, znów jest dosyć mrocznie i ponuro. Napięcie rośnie
powoli i zmierza nieubłaganie do krwawego finału, szkoda jedynie, że bardzo
łatwo przewidzieć zakończenie. Dużym minusem jest także motyw byłego męża
Anniki, niepotrzebnie odciągający uwagę od głównych wątków i poprowadzony dosyć
tendencyjnie.
„Żelazna krew” spina klamrą całokształt
przygód dziennikarki stanowiąc satysfakcjonujące, choć nie doskonałe pożegnanie
z bohaterami.
Recenzja dla portalu dlaLejdis.pl
środa, 25 listopada 2015
Naprawdę paskudna historia
Bernard
Minier zajmuje wysokie miejsce na liście francuskich twórców kryminałów.
Również w Polsce cieszy się dużym uznaniem, czy „Paskudna historia” będzie
potwierdzeniem świetnej formy pisarza?
„Paskudna historia” początkowo zdaje się być książką o dojrzewaniu, jednak szybko zmienia
się w prawdziwy kryminał, kiedy na małej wyspie zostaje znalezione ciało
nastolatki. Morderstwo… Słowo z filmów i książek, słowo z telewizyjnych
wiadomości nagle staje się bardziej, niż realne, przestając być abstrakcyjnym
pojęciem. W przeważającej części narratorem jest chłopak zamordowanej,
szesnastoletni Henry, którego pierwszoosobowa opowieść przeplata się z historią
śledztwa. Idylliczna wyspa powoli odkrywa swoje drugie oblicze, pełne tajemnic,
dosłownie zabójcze.
W
całej opowieści dominuje ponury, mroczny nastrój, pełen przygnębienia i
przekonania, że ten świat zmierza ku samozagładzie. Rząd szpiegujący obywateli,
przestępcy na usługach polityków, skorumpowani gliniarze, bezmyślni ludzie
oddający swoją prywatność wielkim koncernom- to drugoplanowi bohaterowie tej
książki.
„Paskudna
historia” jest naprawdę paskudna, pełna hiperrealistycznych szczegółów, mroczna
i okrutna. W przypadku tej książki autor mówi o hołdzie złożonym amerykańskiej powieści i
amerykańskiej kinematografii, więc spodziewać się możemy licznych odniesień,
znanych chwytów i intertekstualnych zabaw. Minier, nie waha się zatem sięgać po
mocne środki wyrazu, tak lubiane przez Kinga, Mastertona, czy też Koontza.
Dużo
też jest w tej prozie patosu, podniosłych scen i nieco sztucznych zachować. Na
przykład niezwykła więź łącząca Henrego i jego trójkę przyjaciół stworzona jest
obrazami, w których prawdziwość trudno uwierzyć. Autor zawiódł na całej linii,
jeżeli chodzi o wiarygodność wykreowanych przez niego nastoletnich bohaterów. To
dorośli poprzebierani za nastolatków, sztuczni i mało prawdziwi. Na szczęście
ten feler dotyczy tylko tej jednej grupy postaci, reszta nakreślona jest bez
zarzutu.
Świetnie
udało się także pisarzowi oddać atmosferę narastającego napięcia, każdy z mieszkańców
wyspy zdaje się mieć coś na sumieniu, każdy może okazać się mordercą. Powoli
staje się jasne, że nikomu nie można ufać, nawet najbliższym…
Zakończenie
jest zaskakujące, ale logiczne i sensowne. Wszystkie klocki układają się w
spójną całość, wiec pomimo kilku usterek „Paskudna historia” jest wciągająca
powieścią, po której czytelnik ma ochotę raz na zawsze zrezygnować z Facebooka.
Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl
wtorek, 17 listopada 2015
Mroczne cuda i zmyślenia.
![]() |
Te okładki :) |
„Uznałem, że to dobry tytuł dla
zbioru opowiadań. Ostatecznie jest tak wiele rzeczy ulotnych. Ludzie są tak
nietrwali. Podobnie sny i serca (…) Lecz niektóre historie przetrwały wszystkich,
którzy je opowiadali, a niektóre nawet krainy, w których powstały”.
N. Gaiman
Każda książka
Gaimana, to dla mnie spore wydarzenie, „Rzeczy ulotne” gościły już wprawdzie w
naszych księgarniach ale teraz powracają w naprawdę pięknym wydaniu. Zebrane tutaj
teksty, to przeważnie opowiadania „zasłużone”, nagradzane i uhonorowane przeróżnymi
literackimi trofeami.
Jak zwykle wśród wszystkich historii
są te, które uwielbiam i te, które spokojnie pominę przy kolejnej lekturze. Nijak nie mogę się przekonać do wierszy w
wykonaniu Gaimana i traktuję je, jako nieszkodliwe dziwactwo tego autora, choć
wiem, że część odbiorców bardzo je lubi.
Mnie urzekło rewelacyjne w „Studium w szmaragdzie”, mroczne i
niepokojące.
Część z tych historii jest powrotem
do dzieciństwa, nie jest to jednak sielska kraina szczęścia lecz mroczny czas
pełen przemocy i niewyjaśnionych zjawisk, często naznaczających bohaterów na
całe życie, trwale też deformujących ich psychikę, jak w „Pamiątkach i skarbach”,
czy też „Porze zamykania”. Na szczęście
zdarzają się też teksty, w których Gaiman pozwala swoim postaciom przeżywać
iście magiczne chwile- „Na grzecznych chłopców czekają dary”.
Fanów twórczości Gaimana nie trzeba
przekonywać do jego opowiadań, które od zawsze pokazywały najmocniejsze strony
pióra tego pisarza. Tych, niezdecydowanych niech zachęci różnorodność
stylistyczna i mroczny klimat prezentowanych w zbiorze tekstów. Tekstów
stanowiących próbę ubrania w słowa doświadczeń wymykających się przysłowiowemu
szkiełku i oku mędrca.
niedziela, 15 listopada 2015
Ostateczne poświęcenie.
Drugi
tom trylogii Sandersona zakończył się w sposób, który wręcz wymusza rzucenie
się łapczywie na zwieńczenie całej historii, jakim jest „Bohater wieków”.
Minął rok od wydarzeń ze „Studni
wstąpienia. Vin i Eland próbują poskładać w całość resztki Imperium pod rządami
tego ostatniego. Ukochany Vin w końcu zdecydował, że pewne formy tyranii są
dopuszczalne w obliczu zbliżającej się niszczycielskiej siły pragnącej zagłady
świata. Przez ten czas populacja ludzi drastycznie zmalała, coraz gęstsze mgły
wyniszczają plony, przynosząc głód.
Gdyby
tego było mało, Inkwizycja nadal zabija
skaa, szerząc coraz większy terror, a tajemniczy przeciwnik zaciska swoją pętlę
wokół malejącej liczby gotowych stawić mu czoła przeciwników. Szybko
zmieniające się realia powodują bezradność: „Jesteśmy, jak dzieci, grające w
grę, która podpatrzyły u rodziców, lecz nieznające jej zasad. A nasz przeciwnik
stworzył tę grę.”
Wolność
nadeszła, czy jednak pozostało choć trochę czasu, by się nią nacieszyć? Imperium
ponownie stało się miejscem pełnym strachu i śmierci, tyle, że z „bonusem” w
postaci enigmatycznego zagrożenie gotowego uderzyć w każdej chwili. Widzimy,
jak wypaczane są ideały Kelsiera, jak jego nauki wykorzystywane są w celu
zagarnięcia władzy, jak niszczeje jego dziedzictwo.
Świat
dookoła naszych bohaterów dosłownie się rozpada. Obserwujemy ze współczuciem,
jak kolejne plany ocalenia rozbijane są w pył. Drużyna nieco szalonych rabusiów
skonfrontowana zostaje z konsekwencjami zabicia Ostatniego Imperatora. Autor
jasno pokazuje, że pozornie dobra decyzja okazała się być dosłownie zabójcza,
nie tylko dla bohaterów, ale w konsekwencji dla całego ludzkości. Tyran był
niewyobrażalnym złem, ale złem spajającym w całość świat. Jego powykrzywiane i
wypaczone przez szalony rozum zasady nie pozwalały, by coś jeszcze gorszego wydostało
się na wolność, dążąc do destrukcji wszystkiego na swojej drodze.
„Bohater wieków” koncentruje się w
dużej mierze na postaciach do tej pory drugoplanowych, wzbogacając w ten sposób
fabułę, ale pozwalając ewoluować także
postaciom z pierwszego planu. Przykładem jest choćby Vin, która : „ (…) jakimś
cudem, między upadkiem królów i zagładą świata stała się kobietą”. Eland w
końcu przestał być pokojowo nastawionym do życia idealistą i stał się
człowiekiem gotowym dokonywać tragicznych wyborów.
Sanderson w końcu pozwala nam także zobaczyć,
jak powstawał jego świat: rzeczywistość w której z nieba spada popiół, a krwawe
słońce oświetla lichą roślinność, wśród której próżno szukać kolorów. Seria wydarzeń
zapoczątkowana w pierwszym tomie nareszcie znajduje logiczne wyjaśnienie, a
pisarz uchyla rąbka tajemnicy leżącej u genezy powstania istot zamieszkujących
Imperium. Wszelkie niejasności zostają w końcu wyjaśnione, stając się elementem
logicznego i spójnego świata przedstawionego.
A zakończenie trylogii… zakończenie
pozostawia czytelnika wniebowziętego rozwiązaniami fabularnymi i spragnionego
kolejnych tomów.
czwartek, 12 listopada 2015
Wspaniałe tomiszcze
„Wszystkie
lektury nadobowiązkowe” są hołdem oddanym
literaturze, czasami w jej najdziwniejszej formie, prawdziwym wyrazem miłości złożonym
przez wnikliwą i dowcipną czytelniczkę; książką o której można mówić jedynie w
superlatywach.
Subiektywne felietony poetki szybko podbiły serca czytelników, pierwsze swoje
książkowe wydanie mając w 1973 roku. Niebawem światło dzienne ujrzał tom drugi
– w roku 1981 oraz trzeci w roku 1996. Współczesny czytelnik otrzymuje do rąk już
naprawdę monumentalne wydanie, obejmujące 562 teksty, zgodnie z kolejnością ich
powstawania.
Dowcipnie, subtelnie i z niezwykłą
trafnością autorka spisuje swoje wrażenia z lektur czasami naprawdę
dziwacznych, jak choćby „Guzik w literaturze”. Nie ma dla niej książki, której
nie warto by przeczytać lub choćby przewertować. Jest tutaj miejsce dla
„Poezji” Marii Konopnickiej, ale także dla „Paradoksów natury” Thomasa R. Henrego.
Zakres literackich zainteresowań Szymborskiej wprawia nieraz w osłupienie:
biografie, poradniki dla ciężarnych, historia lasu, opracowania dotyczące
bezkręgowców, poezja starożytna, atlasy zwierząt, poradniki itd.
Koncentrując się
nierzadko na drobnym szczególe, autorka obudowuje go czasami żartobliwym
felietonem, czasami poetycką refleksją, zawsze jednak przenikliwą i zapadającą
w pamięć. Za każdym razem błyszcząc przy tym bogactwem skojarzeń, erudycją i
niezwykłym poczuciem humoru. Lekkość pióra towarzyszy wszechstronności
zainteresowań oraz pogodnej
wyrozumiałości dla twórców nawet
najstraszniejszej tandety. Poetka w każdej książce potrafi odnaleźć coś, co
warte jest uwagi, czy może stanowić
punkt wyjścia do szerszej refleksji, już
nie tylko nad lekturą: „(…) Jestem i chcę pozostać czytelniczką amatorką, na
której nie ciąży przymus bezustannego wartościowania. Książka bywa dla mnie
czasem przeżyciem głównym a czasem tylko pretekstem do snucia lekkich
skojarzeń.”
Brak
banalnych skojarzeń, złośliwe uwagi, teksty zwieńczone smakowitą puentą, to
wszystko sprawia, że nie ma mowy o choćby chwili nudy w przypadku obcowania z kolejnymi stronicami ”Wszystkich lektur nadobowiązkowych”, które wszak do
cienkich nie należą.
Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl
wtorek, 3 listopada 2015
Toksyczna miłość matki.
Nie po raz
pierwszy szumne zapowiedzi z okładki książki nijak się mają do jej treści.
„Jutro zaświeci słońce” miało być pozycją poruszającą i „wiercąca dziury w
duszy”, a jest historią pełną niedociągnięć, banałów i taniego
psychologizowania.
Powieść napisana jest w formie
monologu głównej bohaterki. Na początku wiemy o niej tylko to, że opowiada o
swoim życiu dziennikarce. Nie wiemy kim jest narratorka, ani dlaczego stała się
przedmiotem zainteresowania dziennikarki. Na dłuższą metę ten sposób
prowadzenia narracji jest męczący. Zostajemy skazani na jeden głos, a jest to
głos przemądrzały, chętnie sięgający po truizmy i nie wahający się przed
używaniem kiczowatych porównań czy wydumanych metafor. Przez znaczącą część
książki obcujemy zatem z czymś w rodzaju
monodramu, niestety nie najlepszej jakości.
Historia toksycznej miłości i
niszczącego wpływu matki wypełniona jest banałami i kiczem, co powoduje, że
lektura ani trochę nie jest przejmująca. Czytelnik co rusz napotyka zdania, że
„każdy dzień przynosi spotkanie (…) czasem też podaruje ci przepis na ciasto, a
czasem na …życie”. I tak strona po stronie banał goni banał, truizm wskakuje na
miejsce po poprzednim truizmie, a narratorka snuje swoją opowieść językiem sztucznym
i pretensjonalnym.
Autorce nie udało się tchnąć życia w
tę historię. Postać toksycznej matki jest tak przerysowana, że aż groteskowa,
przez co cała historia traci na wiarygodności: nie wierząc w potwora, nie współczujemy jego ofierze. Trudno jednak
potraktować serio postać kobiety tak złej, że w jej obecności więdną rośliny… Nie
udało się stworzyć wiarygodnego portretu matki-kata i córki-ofiary. „Skatowała
moje człowieczeństwo” mówi w pewnym momencie bohaterka, ale te mocne słowa nie znajdują
potwierdzenia w całej opowieści. Przez
sięganie po sztampowe rozwiązania, niezbyt wyrafinowane pomysły fabularne,
autorka stworzyła opowieść rodem z
miesięcznika dla pań, gdzie „prawdziwe historie” sąsiadują z przepisami na
zupę.
W dodatku, w połowie książki, całość
zmienia ton, przekształcając się w zupełnie łzawą i sentymentalną opowieść, w
dodatku usprawiedliwiającą motywy swoich bohaterów. Jakby autorce zabrakło
odwagi na wykreowanie postaci złej matki, konieczne stało się wyjaśnienie
motywów jej postępowania.
Joanna Sykut stworzyła pompatyczną
historię, upoetycznioną na siłę. Powieść jest bardzo egzaltowana, tak jak egzaltowana
jest bohaterka. Jej historia nie porusza z powodu sposobu, w jaki nam zostaje
opowiedziana: cytaty o śmierci i rozkładzie wymieszane ze „złotymi myślami”,
kiczowate dialogi, afektowane porównania. Niestety, wymądrzająca się kobieta i jej
smutne życie pozostawiają czytelnika całkowicie niewzruszonym, przykro, że
ważny temat został tak zmarnowany.
Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl
środa, 7 października 2015
Gdy zabijesz boga, musisz ocalić świat.
![]() |
Wydawnictwo znów postawiło na wspaniałą oprawę graficzną serii. |
Minął rok od chwili, gdy bohaterowie
„Z mgły zrodzonego” obalili Ostatniego Imperatora, pozornie kładąc kres tyranii
i niewolnictwu, a także dominacji arystokracji. Vin, Elend i ich towarzysze
zmagać się muszą z konsekwencjami swoich czynów: Imperator nie żyje, ale skutki
jego rządów nadal trwają. Uciskani i udręczeni niewolnicy nie radzą sobie z
narzuconą wolnością. Arystokracja knuje, by obalić nowego króla, a sąsiedzi
spoglądają pożądliwie na imperium pozbawione obrony boga.
„Nic się nie skończyło. Nawet się
nie zaczęło. Ostatni Imperator.. był tylko opóźnieniem. Trybikiem. Teraz, gdy
zginął, pozostało nam mało czasu.” Sanderson szykuje dla swoich bohaterów nie
lada niespodziankę, gdy okazuje się, że wybawiając świat od tyrana jednocześnie
skazali siebie i pozostałych mieszkańców imperium na zagładę… U wrót stolicy
stają trzy armie, każda z nich wystarczyłaby do obalenia nowego porządku i
zniweczenia dokonań bohaterów. Ratunkiem wydaje się być tylko stara legenda i
opisana w niej Studnia Wstąpienia, której rzecz jasna nikt nie potrafi
zlokalizować, ani powiedzieć o niej nic konkretnego. . .
![]() |
Nie tylko my mamy ładne okładki ;) |
Autor
zaczyna swoją historię w momencie, gdy wielu innych pisarzy by ją zakończyło:
ci „dobrzy” wygrali i zostali na polu boju z wszelkimi konsekwencjami swojego
zwycięstwa. W filmach w tym momencie zaczęłyby się napisy końcowe. Tymczasem Sanderson
konfrontuje bohaterów z twardą rzeczywistością i następstwami obalenia Imperatora, nie mamy zatem
do czynienia z bajką, w której to po śmierci złego wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Sanderson
pokazuje ewolucję swoich postaci, każdy z polubionych przez nas łotrzyków
musiał dojrzeć, stwardnieć; niektórzy z nich stali się bardzo bezwzględni, innym
coraz trudniej żyć w rozdarciu. Fantastycznie
nakreślone są tutaj relacje między poszczególnymi kompanami ekipy nowego
króla. Każdy z dawnej grupy Kelsiera zmaga się z brzemieniem pozostawionym
przez martwego Z Mgły Zrodzonego: „Zmienił nas w idiotów, którzy staną na czele armii skazanej na
zagładę”.
![]() |
W przypadku tych wersji mam wrażenie, że celowano w młodszego czytelnika |
„Studnia Wstąpienia” jest powieścią,
w której występuje zdecydowanie mniej scen walki, ale stara dobra ekipa
nadal knuje i spiskuje, bardzo dużo przy
tym ryzykując i jak zwykle wyśmienicie się bawiąc, mimo ogromnego zagrożenia ze
strony oblegającej miasto armii wrogów. Autor wprowadza na scenę także nowych
bohaterów, przy czym niektórzy z nich, to naprawdę zaskakujące kreacje.
Głównym wątkiem powieści jest
oblężenie, ale pokazane z nietypowej strony- zamiast spektakularnych potyczek,
widzimy skomplikowane intrygi knute po obu stronach muru, problemy z
zaopatrzeniem zarówno po stronie atakujących, jak i oblężonych; rozpaczliwe
próby zdobycia przewagi i posiłkowanie
się skrytobójcami. Oczywiście nie wszystkie wątki poświęcone są stolicy,
Sanderson umiejętnie buduje także nastrój zagrożenia, coraz więcej
niewyjaśnionych i tajemniczych zjawisk
jasno wskazuje, że świat zmienił się drastycznie po śmierci boga. Pojawiające
się nowe zagrożenia, mgły atakujące ludzi w dzień, to tylko początek wyzwań, z
jakimi musi zmierzyć się nowy władca i jego wybranka serca. Może okazać się, że
zdolności Vin do tego nie wystarczą…
W
finale akcja zostaje poprowadzona w zdumiewającym kierunku, wbrew wszelkim
czytelniczym przyzwyczajeniom. „Studnia Wstąpienia” nie zawodzi, jako drugi tom
cyklu, konsekwentnie i przede wszystkim w sposób niezwykle interesujący rozwijając opowiadaną nam historię.
wtorek, 6 października 2015
"Terry Pratchett życie i praca z magią w tle", czyli jak nie pisać biografii.
Terry Pratchett
życie i praca z magią w tle, to książka, która powstała jeszcze za życia
brytyjskiego pisarza, w zamierzeniu mająca
być hołdem dla jego twórczości.
Niestety, nawet w najmniejszym
stopniu nie udało się spełnić tych założeń.
Już sam wstęp lekko niepokoi, Craig Cabell
w kilku zdaniach pisze, czym jego dzieło nie jest, odżegnując się od zamiaru
stworzenia nieoficjalnej biografii, przewodnika po Świecie Dysku, czy też dogłębnej
analizy dokonań literackich Pratchetta. Pozostaje zatem pytanie: czym w takim
wypadku ma być „Życie i praca z magią w tle” ?
Autor zdecydował się na metodę
zestawiającą dzieła pisarza z ważnymi momentami w jego życiu, przy czym przez
całą lekturę uderza nieco staroświeckie domaganie się uznania fantastyki za
pełnoprawny gatunek literacki. Tego typu żądania mogły mieć rację bytu 10 lat
temu, ale nie w momencie, gdy cały świat zaczytuje się fantastyką i tłumnie
chodzi na nią do kina. Współczesny czytelnik już od dawna ceni ten gatunek
literacki, także wydawcy od dłuższego czasu na niego stawiają.
Nie lepiej jest w wyciąganiem przez
Cabella wniosków na podstawie prezentowanych przez siebie informacji.
Przykładem jest stwierdzenie, że Pratchett miał w dzieciństwie skłonności do
pyskowania, zatem naturalną koleją rzeczy został pisarzem…Swoją cegiełkę
dołożyła także redakcja, przepuszczająca
powtarzające się argumenty, fakty oraz zdania wątpliwej urody, jak choćby: „Nie
ma w nich kryteriów, które słabsze tytuły mają
nadmiarze”. Autor niestety nie wyjaśnia,
jakie to kryteria i o co mu w tym zdaniu w ogóle chodzi. Dodatkowo, nawet w obrębie jednej
strony znajdują się akapity nie połączone ze sobą, jak choćby dwie wzmianki o
chorobie angielskiego pisarza, a potem następna o smokach.
Kolejne strony okazują się być
rozczarowaniem. Przejście od urodzenia do pierwszej pracy Pratchetta zajmują w
książce dokładnie siedem stron… To „biografia”, jakich na półkach w
księgarniach jest pełno: pobieżnie opisująca swojego bohatera, sięgająca do
źródeł dostępnych każdemu i łącząca je w sposób nie wymagający od autora
zbytniego wysiłku. Książka Cabella pozostawia ogromny niedosyt, prześlizguje
się wręcz po życiorysie swojego bohatera, koncentrując się tylko na tym, co sam
Cabell uważa za ważne.
Rozkładanie na czynniki pierwsze
Świata Dysku byłoby ciekawe, o ile zostałoby przeprowadzone konsekwentnie, a
nie na podstawie osobistych preferencji dziennikarza, omijającego dużą część
dorobki Pratchetta. Kolejne rozdziały nie stanowią spójnej całości, lecz raczej
garść eseji na temat poszczególnych aspektów twórczości Pratchetta.
„Terry Pratchett to jeden z najbardziej
szanowanych pisarzy tworzących w Wielkiej Brytanii. Stoi w jednym szeregu z
Tolkienem i Lewisem- a to chyba największy dowód jego doskonałości.” W pełni zgadzam się z tymi słowami, uważając
jednocześnie, że taki autor zasługuje na biografię z prawdziwego zdarzenia,
miast zlepku artykułów i esejów połączonych na siłę namiastką rysu biograficznego.
czwartek, 1 października 2015
Miłość, a nie medycyna.
„Złączni”, to książka
idealnie pokazująca, jak można zmarnować świetny pomysł na fabułę, poprzez nieco mniej świetne wykonanie.
Historia N.N oraz lekarki zajmującej
się jej przypadkiem, z założenia traktować miała o niezwykle poważnych zagadnieniach:
lekarzach przejmujących rolę Boga, ludziach decydujących o czyimś życiu i śmierci,
odpowiedzialności za pacjenta itd. Główna
bohaterka, Charlotte jest pełną zaangażowania lekarką, której trafia się
niezwykle trudny przypadek: kobieta potrącona przez samochód, o której nic nie
wiadomo. Znajdująca się w śpiączce pacjentka wkrótce stanie się przyczynkiem do
zadawania wielu trudnych pytań i prywatnego śledztwa Charlotte, starającej się za
wszelką cenę ustalić tożsamość nieprzytomnej kobiety.
Gdyby autorka pozostała przy
tematyce medycznej i zawęziła akcję jedynie do zagadnień z etyki medycyny oraz
prób ustalenia tożsamości N.N., powieści wyszłoby to jedynie na dobre.
Niestety, nagromadzenie wątków pobocznych powoduje, że książkę czyta się trudno
i fabuła sprawia wrażenie bardzo poszatkowanej.
Równolegle
opowiadane są nam dwie historie, które zazębiają się w połowie książki, obydwie
także mają po kilka wątków pobocznych, co w rezultacie rodzi chaos. Wiele z
rozpoczętych wątków nie jest dokończonych, a zakończenie sprawia wrażenia
wysilonego. Wątek obyczajowy wielokrotnie przysłania historię N.N, co rodzi dyskomfort
czytelnika sięgającego po tę książkę właśnie z powodu trudnego tematu i możliwości spojrzenia na
niego okiem lekarza. Czasami „Złączeni” zmieniają się w romans okraszony wątkiem
medycznym, by za chwilę stać się powieścią, jakiej nie powstydziłby się Robin Cook.
Lekturze nie pomaga także styl w
jakim Cassella opowiada swoją historię. Nadużywanie porównań i metafor powoduje,
że styl opowieści jest nieznośnie patetyczny, jakby autorka za wszelką cenę chciała
nadać książce nieco poetyckiej otoczki. Zabrakło
za to konsekwencji w prowadzeniu akcji oraz w
stopniowaniu napięcia. Nie udało się także zaangażować czytelnika
emocjonalnie na tyle, by przymknął oko na niedociągnięcia i pozwolił się porwać
opowieści.
Szkoda, że tak ważny temat zyskał
zaledwie poprawną oprawę, w której kwestie etyczne schodziły czasami na drugi i trzeci plan, oddając miejsce wątkom mniej intrygującym, a czasami nawet pospolicie
nudnym.
Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl
wtorek, 29 września 2015
Fandorin kontra lokaj.
„Jego rzemiosłem
było ryzyko, cały czas igrał ze śmiercią, (…) wydawał się nieśmiertelny”- Erast
Fandorin powraca w kolejnej odsłonie serii o niesamowitym detektywie, łapiącym
złoczyńców w XIX-wiecznej Rosji.
Narratorem tej opowieści jest tym
razem lokaj cara Mikołaja II, Afanasij, który
całe swoje życie poświęcił służbie
carskiej rodzinie. Oddanie głosu człowiekowi niemalże fanatycznie oddanemu
swojej pracy, wyznającemu nieco staroświeckie poglądy i stroniącemu od ryzyka,
jest ciekawym zabiegiem. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że nie przepada
on za bohaterem cyklu. W oczach lokaja Fandorin jawi się, jako przemądrzały i napuszony
bawidamek, bawiący się w detektywa. Jest to zarzut poważny w kontekście sprawy,
jaka tym razem przypada Erastowi.
Głównym motorem akcji są przygotowania
do koronacji cara Mikołaja II, w czasie których porwany zostaje jego małoletni
kuzyn. Porywacz, tytułujący się doktorem Lindem, za uwolnienie chłopca żąda
Orłowa, bezcennego brylantu z berła cara. Przestępca stawia w niezwykle trudnym położeniu cały dom Romanowów:
koronacja nie może się odbyć bez Orłowa, tak, jak nie może jej zakłócić wieść o
śmierci chłopca, poświęconego dla brylantu. Na pomoc carskiej rodzinie przybywa
Erast Fandorin, ścigający doktora Linda od lat, znający jego metody i
bezwzględność, każącą mordować porwane przez siebie dzieci, by nikt nie był w stanie zidentyfikować
przestępcy…
Akunin już wielokrotnie udowodnił,
że jest mistrzem w opisywaniu realiów XIX wieku i wplataniu rzeczywistych
wydarzeń w swoje, jakże wciągające, fabuły. Nie inaczej jest tym razem. Znów sprawdzili
się bohaterowie, nieco mniej jest w tym tomie zgranego tandemu Fandorin- Masa,
ale wynagradza nam to fantastycznie nakreślona postać służącego o dosyć
radykalnych zapatrywaniach, narzucającego sobie ascetyczny tryb życia, mającego
o sobie wysokie mniemanie i boleśnie konfrontującego te przekonania z rzeczywistością.
Złowrogi Lind zdaje się być z kolei literackim hołdem oddanym postaci Jamesa Moriarty'ego złowrogim geniuszem
zła, doskonałym w swoim fachu, nieuchwytnym i depczącym naszemu detektywowi po
piętach.
Finał nie będzie zaskoczeniem dla
czytelników obytych z powieścią detektywistyczną, odgadnięcie tożsamości
geniusza zła już w połowie książki nie
było zbyt trudne, ale w najmniejszym stopniu nie umniejszyło to przyjemności z
lektury.
W
„Koronacji” nie zawodzi intryga, ani pieczołowicie budowany klimat pozwalające
na stworzenie fantastycznej wariacji dotyczącego
jednego z ważniejszych wydarzeń w
historii carskiej Rosji.
Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl
piątek, 25 września 2015
Syreny, mnisi i kicz na wyspie Egret.
Sue Monk Kidd
podbiła serca czytelników powieściami poruszającymi trudny temat segregacji
rasowej oraz emancypacji kobiet. „Opactwo Świętego Grzechu” odbiega znacznie od
znanych nam książek amerykańskiej pisarki.
Historia zaczyna się bardzo
klasycznie, wręcz banalnie: kobieta w średnim wieku przeżywa kryzys w
małżeństwie, dostrzegając stagnację swojego związku oraz miałkość egzystencji,
jaką prowadzi. Dni podobne do paciorków
beznadziejnie przesuwanych między palcami- tak Jessie Sullivan postrzega swoje
życie, za wszelką cenę pragnąc zmiany. Poznajemy ją w momencie, gdy zastanawia
się: jak dzika dziewczynka z wyspy Egret zmieniła się w stateczną panią domu, odrzucającą
artystyczne pasje, doskonale przyciętą do ram wizerunku matki i żony.
Sygnałem do zmian jest dramatyczny
telefon przyjaciółki matki Jessie, wzywający naszą bohaterkę do domu: jej
pobożna rodzicielka właśnie obcięła sobie
palec i odmawia wszelkich wyjaśnień dotyczących tego makabrycznego postępku. Jessie wyrusza w
podróż, która skonfrontuje ją nie tylko z demonami przeszłości, ale również z
udręką teraźniejszości, w której tak bardzo się dusi.
Podróż malarki do rodzinnego gniazda, pełnego dobrych i
koszmarnych wspomnień przywodzi na myśl „Kocie oko” Margaret Atwood, jednak w
przeciwieństwie do kanadyjskiej pisarki, Monk zdecydowała się okrasić całość
wątkiem romansowym, osłabiając w ten sposób wymowę książki. Potężna fala uczucia pomiędzy Jessie, a
poznanym na wyspie mężczyzną, opisana jest językiem rodem z tandetnych
powieści. Miłość od pierwszego wejrzenia, spotkania w księżycową noc, sny o
ukochanym - to wszystko niebezpiecznie
balansuje na krawędzi kiczu.
Żal mi wątków zaledwie nakreślonych,
a tak obiecujących. Zamiast czytać o zakazanym uczuciu wolałabym dowiedzieć się
więcej o niezwykłej przyjaźni trzech kobiet, przyjaźni tak silnej, że
przetrwała śmierć i szaleństwo. Cudownie byłoby oczytać nieco więcej o
dzieciństwie w tak niezwykłym miejscu, jak wyspa Egret, zamieszkanej przez malownicze indywidua.
Nie udało się także, według mnie,
wykorzystać w pełni potencjału tajemnicy
ojca Jessie i jego tragicznej śmierci, motywu, którego rozwiązanie da się przewidzieć już od połowy książki.
Kidd nie zaskakuje niczym poza sięganiem po wyświechtane frazesy i kiczowate
rozwiązania.
Demony przeszłości, konfrontacja z
koszmarami dzieciństwa, poszukiwanie swego miejsca na ziemi, życie w poczuciu
winy- te wszystkie wątki zepchnięte w cień przez banalną historię miłosną, zasługiwały
na zdecydowanie więcej miejsca w powieści, która mogła być naprawdę
poruszająca. Zdecydowanie „Opactwo
Świętego Grzechu” nie będzie moją ulubioną książką autorki, którą przecież
niezwykle cenię za „Sekretne życie pszczół”
oraz „Czarne skrzydła”.
Recenzja dla portalu dlaLejdis.pl
Recenzja dla portalu dlaLejdis.pl
poniedziałek, 7 września 2015
Witamy w Moskwie po raz szósty.
Przelane nie na darmo, spalone nie
na próżno. Nadszedł pierwszy czas, dwóch stanie w ciele i otworzą drzwi... Trzy
ofiary za czwartym razem; pięć dni zostanie dla Innych, sześć dni zostanie dla
ludzi. Dla tych, którzy staną na drodze, nie zostanie nic. Szósty Patrol jest
martwy. Piąta Siła zniknęła. Czwarta nie zdążyła. Trzecia Siła nie wierzy,
druga Siła się boi, pierwsza jest zmęczona.
S. Łukjanienko „Szósty Patrol”
Cykl o dwóch Patrolach, stojących na straży porządku
świata, podbił me serce już dobrych kilka lat temu: smakowitym połączeniem
fantastyki i sarkastycznego humoru, w dodatku okraszonym lekką nutką melancholii. „Szósty Patrol”
musiał zatem pojawić się moim regale.
Tym razem, po Moskwie zaczyna grasować nierejestrowany
wampir, zatem oczywiste jest rozpoczęcie śledztwa w tej sprawie, tak jak
oczywiste jest, że wszystko w końcu rozbije się o Antona i jego rodzinę. Dziwne
wiadomości zostawiane przez wampira stają się początkiem serii wydarzeń
prowadzących, a jakże: do końca świata. Po raz kolejni Jaśni i Ciemni, wbrew
swej naturze, będą musieli zjednoczyć siły w walce o przetrwanie. Zagrożenie
tym razem dotyczy nie tylko świata Innych, ale całej Ziemi.
Prawo serii jest czasami nieubłagane: kolejny tom może
być wtórny, nie oferować czytelnikowi nic nowego, nie rozwijać postaci itd. Na szczęście tym razem udało się tego w dużej
mierze uniknąć, rzecz jasna „Szósty Patrol” nie jest w stanie zaskoczyć zbyt
wieloma rozwiązaniami, a rzeczywistość przedstawiona jest nam już bardzo dobrze
znana. Sposób prowadzenia narracji
również się nie zmienił: akcja pędzi na łeb i szyję, by za chwilę nasz bohater
poddał się głębokim rozważaniom na temat otaczającego go świata, ale
czytelnikom przyzwyczajonym do prozy Łukjanienki na pewno to nie będzie
przeszkadzać.
Jednak finał przynosi niespodziewane rozwiązania, a duża część powieści poświęcana jest wampirom, dzięki czemu dostajemy smakowite fragmenty dotyczące genezy tego gatunku, jego wierzeń, legend, zwyczajów i słabości. Autor pokazał także wiarygodną przemianę kluczowej postaci: Anton nie jest już idealistą, jak w pierwszym tomie, lecz Magiem zdecydowany czasami wybrać mniejsze zło, czy też poświęcić kogoś w imię większej sprawy.
Jednak finał przynosi niespodziewane rozwiązania, a duża część powieści poświęcana jest wampirom, dzięki czemu dostajemy smakowite fragmenty dotyczące genezy tego gatunku, jego wierzeń, legend, zwyczajów i słabości. Autor pokazał także wiarygodną przemianę kluczowej postaci: Anton nie jest już idealistą, jak w pierwszym tomie, lecz Magiem zdecydowany czasami wybrać mniejsze zło, czy też poświęcić kogoś w imię większej sprawy.
Nacisk znów
położony jest bardziej na sensacyjny wymiar całej historii, niestety pisarz całkowicie
porzucił opisywanie misternych spisków tworzonych przez przywódców obu Patroli,
wielowymiarowych intryg, które tak wciągały
w pierwszych trzech tomach serii. Pościgi po całym świecie, widowiskowe
starcia, niespodziewane ataki- to teraz składowe części akcji. Troszeczkę żałuję
tej zmiany, ale wynagradza mi to po części kreowanie scen w rodzaju walki o
przywództwo wampirów. O, tam to się dzieje!
„Szósty Patrol” jest cudownym zatoczeniem koła: nie tylko
punkt wyjścia opowiadanej historii, ale cała konstrukcja książki są powrotem do
początku cyklu. Czy to znak, że seria została skończona? Nie wiem, ale mam
nadzieję, że Gorodecki wróci, by znów ratować świat.
Siły Światła mają obowiązek zapoznać się z tym tekstem.
Nocny Patrol
Siły Ciemności mają obowiązek zapoznać się z tym tekstem.
Dzienny Patrol"
niedziela, 6 września 2015
Pod drugiej, mrocznej stronie lustra.
Fantastyka (…) to
lustro. Krzywe, owszem, czasem skrywające prawdę, ustawione pod kątem
czterdziestu pięciu stopni wobec rzeczywistości, niemniej jednak lustro, dzięki
któremu możemy opowiadać sobie rzeczy niewidoczne w inny sposób”.
N. Gaiman.
Za mną kolejna antologia tekstów jednego z drogich memu sercu pisarzy. Tym razem jedynym kryterium doboru
opowiadań był ich klimat, sposób przedstawiania rzeczywistości: deformowanie
jej, zacieranie konturów między tym, co
realne i wyobrażone. Każda z opowiedzianych historii pokazuje świat lekko
wykrzywiony, wzbogacony elementem obcości: w postaci specyficznego humoru,
groteski, makabry, czy też ostrej erotyki. Elementem, który sprawia, że
pokazywana nam rzeczywistość ma wszelkie znamiona fantazji, marzenia sennego,
czasami koszmaru...
Czerpiąc z twórczości swoich mistrzów: Lovecrafta, Poego,
braci Grimm, Gaiman oddaje im hołd jednocześnie tworząc nową jakość. Jego
reinterpretacje starych baśni, opowiadań, czy też klasyki literatury przynoszą
zaskakujące rezultaty w postaci niezwykle sugestywnych mrocznych wizji, moją
ulubioną na długo pozostanie „Szkło, śnieg i jabłka”
Gaiman po raz kolejny udowodnił, że doskonale sprawdza
się w trudnej sztuce, jaką jest tworzenie światów w mikroskopijnych ramach
opowiadań. Wampiry, anioły, pradawne bóstwa, koty, trolle, to
tylko nieliczne z postaci przewijających się przez karty tego zbioru. Nietrudno zauważyć, że przeważająca część
opowiadań nasycona jest mroczną erotyką, autor we wstępie przytacza genezę
wszystkich historii i dominują te pisane
do antologii erotycznych czy też pism skierowanych do dorosłego czytelnika „ „To antologia opowiadań o świętym Graalu”, …o seksie”, „…bajek w wersjach
dla dorosłych”, …o seksie i grozie”, „…o zemście”, „…o przesądach”, „…i znów o
seksie”)".
„Dym i lustra”, to zbiór zawierający kilka naprawdę
niezwykłych i zapadających w pamięć historii, jednak nie wszystkie zrobiły na
mnie wrażenie. Po raz kolejny oparłam się urokowi wierszy brytyjskiego pisarza,
nie przemówiły do mnie w poprzednim tomie, tym razem także nie zachwyciłam się
tą formą przekazu. Jako fanka Lovecrafta z radością przyjęłam teksty odwołujące
się do samotnika z Providence, jednak jestem w stanie zrozumieć, że pijackie
monologi akolitów Wielkiego Cthulu nie
każdemu przypadną do gustu.
Na długo zostanie ze mną za to na pewno: „Rycerskość”, to
wspaniała i dowcipna historia pewnej staruszki kupującej w sklepie ze
starzyzną kilka romansów i Świętego
Graala... ”Załatwimy ich Panu hurtowo”, to z kolei mistrzostwo czarnego humoru i zaskakującej
puenty, podczas gdy „Dziecizna” szokuje już samym zamysłem. Urzekające „Złote
rybki w Hollywood” pokazują, że tylko Gaiman potrafi wyszydzić Hollywood jednocześnie
oddając mu hołd.
„Opowiadania i złudzenia” -podtytuł zbioru doskonale
oddaje niejednoznaczność większości historii, kryjących nie tylko zaskakujące
zakończenie ale czasami drugie i trzecie dno. Cześć tekstów jest tak pokręcona,
że nie zdziwiłoby mnie czwarte i piąte dno, ale reasumując już zupełnie na
serio: historie Gaimana po raz kolejny okazały się wspaniałą wyprawą w głąb
mrocznej i szalonej wyobraźni tego pisarza.
sobota, 29 sierpnia 2015
Kobiety na traktory ! A może jednak nie...
Do
księgarń niedawno trafiła arcyciekawa pozycja stanowiąca próbę prześledzenia
tego, jak w Polska w okresie powojennym zmieniała koncepcję równości i jakie
reperkusje znalazło to w sytuacji kobiet.
Autorka jest badaczką koncentrująca
się na kwestiach społecznych i kulturalnych, a także profesorem historii na
Uniwersytecie Illinois w Chicago i absolwentką Uniwersytetu Stanforda. Zainteresowanie
autorki tematyką gender i relacjami międzyludzkimi znalazło odbicie w „Kobietach,
komunizmie i industrializacji
w powojennej Polsce.”
Badaczka podkreśla, iż historia sprawiła, że po drugiej wojnie dramatycznej
przemianie uległy stosunki społeczne i tradycyjne dotąd pojmowanie ról
kobiecych i męskich. Komunizm w okresie zaraz po wojnie propagował „naturalne”
różnice płciowe, kładąc nacisk na rolę matki w odbudowie strat demograficznych.
W kolejnych latach ideolodzy mianowali pracę zawodową głównym narzędziem
emancypacji kobiet, mimo że w rzeczywistości przywódcy ograniczali równe prawa
kobiet i mężczyzn, na rzecz tych drugich.
Autorka, badając relacje między dwoma płciami, zyskała nowe spojrzenie
na komunistyczne mechanizmy władzy. Proces kształtowania się nowego ustroju nie
pozostał bez wpływu na tradycyjnie pojmowane role. Fidelis stawia nieco
kontrowersyjną tezę o pojmowaniu stalinizmu także w kategoriach szans i
możliwości, a nie tylko w kategoriach terroru, podkreślając to, jak ogromną
szansą dla mieszkanek wsi była możliwość przewartościowania tradycji wiejskiej
i wykorzystania haseł komunizmu do poprawy jakości swojego życia : „(…) ma to
być raczej sugestia, że złożoności ustroju stalinowskiego nie da się oddać w
czysto normatywnym ujęciu”.
Książka Fidelis pokazuje, że mimo haseł równości , komunizm daleki był
od uznania równości płci tak naprawdę. Społeczeństwo niechętnie przyjmowało
kobiety w tradycyjnie męskich zawodach, „kobieta na traktorze” postrzegana była
w kategoriach radzieckiego ataku na polską tożsamość narodową. Stalinizm
umocnił zatem tak naprawdę przedwojenną hierarchię płci, jako „bastion
polskości”. Pomimo, iż aktywizacja zawodowa kobiet była kluczowym hasłem
komunistów, podczas gdy tradycyjnie pojmowane role kobiet i mężczyzn
pozostawały podstawowym wyznacznikiem porządku dla powojennej Polski, co
naturalnie rodziło konflikty.
Opracowanie Małgorzaty Fidelis jest nie tylko fascynującym dokumentem,
ale także znaczącym głosem w dyskusji o roli kobiet w historii. Dzięki
nieznanym dotąd materiałom- dokumentom z archiwum partii, tajnym kronikom
milicyjnym, wywiadom- autorce udało się pokazać kluczową rolę kobiet w
tworzeniu społeczeństwa komunistycznego, jednocześnie pokazując fasadowość
naczelnych haseł komunizmu.
Recenzja dla portalu dla Lejdis.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)