niedziela, 23 kwietnia 2017

Cisza na blogu, bloger śpi...




Ostatnio hula tutaj wiatr, wiem...
 Tak to jest, kiedy człowiek każdą wolną chwilę przeznacza na nadrabianie braków w śnie.
Obiecuję poprawę, a tymczasem wszystkiego książkowego z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich!
Jakieś ciekawe książkowe zakupy z tej okazji?

poniedziałek, 20 marca 2017

Podróż między światami



            Opowiadania, to wbrew pozorom trudniejsza część prozy. Powieść pozwala na powolne rozwijanie wątków, czy też na  maskowanie ewentualnych niedociągnięć mnogością wydarzeń i postaci. Opowiadania rządzą się innymi prawami i z reguły szybko obnażają niedostatki warsztatu pisarskiego. Dlatego też ciekawa byłam, jak w tej formie wypadnie Sanderson, znany z tworzenia monumentalnych cegieł, w dodatku najczęściej występujących w seriach.
            „Bezkres magii” nie jest typowym zbiorem, gdyż zawiera teksty nie tylko dłuższe, niż typowe opowiadanie, ale także stanowiące dopowiedzenie niektórych wątków z powieści autora oraz historie ujawniające zamysł pisarza, chcącego swoimi książkami stworzyć ogromne uniwersum: Cosmere.
            Uważny czytelnik już dawno zauważył sieć powiązań między poszczególnymi jego tekstami, niezależnie od świata w którym rozgrywała się opowieść.  Drobne wskazówki, pewne wtrącenia i powiązania między bóstwami, posiadanymi mocami, czy też funkcjonującą magią, to wszystko razem wskazywało na osadzenie we wspólnej przestrzeni, właśnie w Cosmere. Jak tłumaczy sam pisarz: „Wiedziałem, że chcę stworzyć (…) epopeję większą od epopei. Opowieść obejmującą światy i epoki”. Lektura „Bezkresu magii” dobitnie pokazuje, jak ambitne jest to zamierzenie.
            Książka zawiera dziewięć tekstów, z których jeden: „Dusza cesarza”, ukazał się już w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Mag, jako samodzielny tom. Opowiadania te rozgrywają się w jednym z sześciu układów: Sel, Scadrial, Taldain, Tren, Drominad oraz Roshar. Niektóre z nich doczekały się już kilku ksiąg opisu, inne opisane zostały w jednej książce, a jeszcze inne na kartach powieści graficznej. Są też w zbiorze układy, do których Sanderson dopiero ma zamiar wrócić i opowiadanie stanowi jedynie przystawkę przed daniem głównym, na które zapewne przyjdzie nam długo poczekać.

Wydania anglojęzyczne czarują spójnością stylistyczną okładek.

         Przed każdym z tekstów znajduje się mapa danego układu oraz jego omówienie, dokonane przez jedną z bohaterek: badaczkę  Khriss, przemierzającą kolejne światy i opisującą ich strukturę. Dodatkowo, każde z opowiadań wieńczy komentarz odautorski, przybliżający genezę powstawania tekstu, jego powiązania z innymi książkami oraz plany na kolejne teksty. A jakby tego było mało: wydawnictwo wrzuciło do środka ilustracje, fragment powieści graficznej i liczne mapki. Uffff, czyż nie mówiłam, że to nie jest zwykły zbiór opowiadań?
Co do samych tekstów: przeważająca ich część dotyczy bohaterów i światów doskonale znanych czytelnikom Sandersona.  „Jedenasty metal”, czy też „Tajna historia” pozwalają nam nie tylko wrócić do cyklu „Ostatnie Imperium”, ale też ponownie stykają z jednym z moich ulubionych bohaterów: Kelsierem. Koniecznie jednak trzeba zaznaczyć, że część teksów może być jednym wielkim spoilerem do „Ostatniego imperium”, zatem warto wstrzymać się z ich lekturą do zakończenia tamtej trylogii.  

Krótka ściąga: co Sandersona już zostało wydane przez Maga. Jest trochę czytania :)

          Tom zawiera także historie pozwalające nam na poznanie nowych światów i to są, moim zdaniem, opowiadania w zbiorze najlepsze: szczególnie „Cienie dla Ciszy w lasach Piekła” oraz „Szósty ze zmierzchu”, charakteryzujące się mrocznym i niepokojącym klimatem oraz osadzone w światach, gdzie wszystko tylko czyha by pozbawić bohaterów życia. Wyróżnia się tutaj planeta Drominad i jej wyspy, gdzie zwierzęta, rośliny i klimat są niezwykle zabójcze, ale i lasy Piekła nie ustępują im w konkursie na najmniej nieprzyjazne miejsce do zamieszkania. Tego typu miejsca zamieszkiwane są przez specyficzny rodzaj ludzi: twardych i nieustępliwych, gotowych na wszystko. Zabójcza Cisza jest doskonałym tego przykładem: właścicielka gospody szybko pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze i nie jest to twarz miłej mamusi.
„Bezkres magii”, to pozycja w przeważającej mierze skierowana do fanów Sandersona, raczej nie warto od niej zaczynać przygody z tym pisarzem: część tekstów może się wydać nowym czytelnikom przesadnie zagmatwana. Za to maniacy twórczości tego pisarza zdecydowanie będą ukontentowani: powrotem znanych bohaterów, nowymi światami, poszerzoną wiedzą na temat światów już opisanych i pogłębieniem charakterów postaci drugoplanowych.  

niedziela, 12 lutego 2017

Siewca wojny czy rozjemca?


       Wydawnictwo Mag ( i chwała mu za to) konsekwentnie wydaje kolejne tomy prozy Sandersona, sięgając nie tylko po pozycje nieznane polskiemu czytelnikowi, ale także wznawiając książki sprzed kilku lat. Tak oto niegdysiejszy „Siewca wojny” wraca pod nowym tytułem „Rozjemcy”.
    „Rozjemca” rozgrywa się w przeważającej części w Hallandren, Krainie Bogów, a ściślej: powracających po śmierci ludzi, którzy zginęli w chwalebny sposób, co spowodowało ich niecodzienny comeback. W chwili rozpoczęcia historii, Hallandren zastanawia się nad wypowiedzeniem wojny krainie Idris, ojczyźnie Siri i Vivenny. Odroczeniem konfliktu może stać się małżeństwo Króla-Boga z jedną z księżniczek. W ten oto sposób niepokorna Siri ląduje w samym środku  ojczyzny wroga i poślubia tajemniczą istotę o potężnej mocy.
        W tym samym czasie Vivenne dochodzi do wniosku, że jej postrzeloną siostrzyczkę czeka pewna śmierć w miejscu tak różnym od rodzinnego królestwa i wyrusza z misją ratunkową, która szybciutko przerodzi się w walkę o przetrwanie samej Viv. Na szczęście dziewczyna szybko znajduje sojuszników, a jej naiwny plan ratunku przechodzi gwałtowną metamorfozę, by z niemożliwego stać się całkiem realnym.
Jak to u tego pisarza bywa, akcja rozwija się nieśpiesznie, Początkowe sceny, to ekspozycja bohaterów, kiedy to poznajemy figury rozstawiane na planszy przez autora. Pozornie, każdego z bohaterów można opisać jednym słowem: Siri, to lekkomyślna księżniczka, z kolei Vivenna jest tą rozważniejszą z sióstr. Dar Pieśni, poznajemy jako lekkoducha, boga nieustannie kpiącego z wszystkiego i wszystkich, najmniej poważnie traktującego swój boski status.  Z czasem jednak bohaterowie ewoluują i na wskutek rozgrywających się wydarzeń, zmieniają się nie do poznania, negując w ten sposób ciasne ramy, w które ich wtłoczono, bądź w które weszli sami.
Po raz kolejny wraca motyw potencjalnego konfliktu militarnego i próby powstrzymania go za wszelką cenę. Jedno królestwo żyje w strachu przed drugim, a ich władcy zmuszeni są do podejmowania trudnych decyzji, jak ta o oddaniu córki wrogowi. Jednak nie ma mowy o wtórności, czy też odgrzewanych daniach: „Rozjemca” jest zupełnie inną powieścią, niż było „Elantris”.
Sanderson nie byłby sobą, gdyby dla kolejnej powieści nie opracował nowego systemu magicznego. Tym razem jest to BioChroma,  oparta na zbieraniu Oddechów, dzięki którym można zmieniać kształt rzeczy, a nawet ożywiać przedmioty, czy też ludzi. Im więcej Oddechów, tym potężniejszy ich właściciel: Król-Bóg ma ich ponad 50 tysięcy…
Sandersona lubię niezmiernie, co nie znaczy, że nie widzę wad jego książek; tym razem rozśmieszył mnie pomysł z Królewskimi Lokami, zmieniającymi kolor z zależności od nastroju „właściciela włosów” (jesteś wkurzony? wiem, bo twoje włosy zrobiły się czerwone..ehhhhh) Nie do końca przekonały mnie bohaterki, oparte w dużej mierze na skontrastowaniu cech charakteru oraz zbytnio polegające w swoich działaniach na mężczyznach. Zdarzyło się także, że wzdychałam z niecierpliwieniem przy kolejnym opisie sukni, czy też wielokrotnym podkreślaniu, jak obce dla obu dziewcząt jest Hallandren.
Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że „Rozjemcę” przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, po raz kolejny pozwalając by autor zabrał mnie w długą i fascynującą podróż. 

czwartek, 9 lutego 2017

Gdzie bóg nie może, tam faceta pośle.



        Poznajcie Cienia, mężczyznę, który właśnie wychodzi z wiezienia, by chwilę potem dowiedzieć się o śmierci ukochanej żony. Co gorsza, żony zdradzającej go z najlepszym przyjacielem… Taki początek nowej drogi życia może zwiastować tylko najgorsze i niekoniecznie musi to oznaczać recydywę.
        Złemu na cały świat i pogrążonemu w żałobie Cieniowi, los stawia na drodze tajemniczego mężczyznę, każącego się nazywać Panem Wednesday i proponującego naszemu bohaterowi posadę ochroniarza. Tak zaczyna się surrealistyczna podróż po Ameryce, mająca pozornie na celu rozwiązanie zagadek kilku zgonów, a tak naprawdę ujawniająca grę o najwyższą możliwą stawkę.  
      Gaiman tworzy swoją najsłynniejszą opowieść w oparciu o rozważania dotyczące losów zapomnianych bogów. Jak wygląda „życie” istot obdarzonych mocą i przyzwyczajonych do hołdów, gdy tych zabraknie? Co się stanie, gdy umrze ostatni wyznawca, a na jego miejsce nie zjawi się nikt nowy? Gdy nie ma nikogo, kto by cię czcił, wielbił, a nawet tylko pamiętał, kim jesteś.
          Wizja brytyjskiego pisarza jest zdecydowanie bardziej ponura, niż ta z „Pomniejszych bóstw” Terrego Pratchetta. Okazuje się, że strącone z piedestału istoty potrafią się doskonale odnaleźć w nowej sytuacji, ale są też takie, które zrobią wszystko, by przywrócić stary porządek. Nawet jeżeli oznaczać to będzie rzeź większości swoich potencjalnych wyznawców, czy też bezlitosne rozprawienie się z uzurpatorami. „Amerykańscy bogowie” są brutalną i krwawą historią zmagań nowych i starych bóstw, w których żadna ze stron nie waha się przed największą nawet podłością, by pokonać przeciwnika.
Forma i objętość „amerykańskich bogów” pozwalają autorowi do woli błyszczeć erudycją: mitologia nordycka miesza się z celtycką, zaraz obok afrykańskiej, hinduskiej i słowiańskiej. Na naszych oczach ożywają bóstwa, a także bohaterowie starych podań i legend. Lekkość z jaką autor tworzy tę wielowątkową narrację zadziwia i po raz kolejny udowadnia, że Gaiman należy do czołówki pisarzy tworzących szeroko rozumianą fantastykę.
Mroczna i miejscami przygnębiająca opowieść, wypełniona czarnym humorem wciąga do ostatniej strony, a spektakularny finał na długo pozostaje z czytelnikiem. 

niedziela, 18 grudnia 2016

Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów.


         Każdy twórca fantastyki tworzący powieść w stylu heist book, musi liczyć się z  porównaniami do książek Scota Lyncha, a sami dobrze wiecie, że trudno wyjść z takiej konfrontacji obronną ręką.
      „Szóstka wron” nie jest może dziełem przełomowym w swoim gatunku, ale niewątpliwie stanowi kawałek porządnej rozrywki. Autorka zaczyna klasycznie: niebezpiecznym zadaniem, zbieraniem drużyny różnorodnych indywidualności i opracowaniem planu niewykonalnego pozornie skoku.
Nie czytałam Trylogii Grisza, więc początkowo zasady funkcjonowania magii były dla mnie nieco niejasne, ale trwało to zaledwie kilkanaście stron i nie umniejszyło przyjemności eksplorowania mrocznego świata.
      Kaz Brekker to siedemnastoletni geniusz przestępczy, szefujący gangowi Szumowin, jednej z bezwzględnych band grasujących w Ketterdamie. Napędzany pragnieniem zemsty Kaz pewnego dnia otrzymuje propozycję, która może pozwolić mu na wyrównanie porachunków z odwiecznym wrogiem: niebezpieczną misję za ogromne pieniądze. Musi „jedynie” włamać się do niezdobytej do tej pory wojskowej twierdzy i uwolnić śmiertelnie niebezpiecznego zakładnika. Dokonanie tego wymaga skompletowania nie lada grupy.
      Jak mawia klasyk: „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” i właśnie to Brekker robi; zbiera szóstkę ludzi na tyle odważnych, głupich lub zdesperowanych, by zgodzili się wyruszyć z nim w samobójczą misję. Każde z nich ma swoją niełatwą biografię i mroczną przeszłość, która napędza ich teraźniejsze działania, a także specyficzne zdolności niezbędne dla wykonania zadania.  Ich wzajemne interakcje niejednokrotnie powodują spięcia i bywa, że zagrażają powodzeniu misji. Nic dziwnego, że co rusz członkowie drużyny muszą życzyć sobie powodzenia słowami: „Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów.”
       Akcja toczy się niezwykle wartko: mamy plan i niezwłocznie przystępujemy do jego wykonania, po drodze demolując co się da i znacząco mieszając szyki wszystkim stającym naszym bohaterom na drodze . Potyczki z wrogiem mieszają się ze słownymi przepychankami członków gangu, mroczne sceny sąsiadują z czarnym humorem, a my niepostrzeżenie, strona po stronie, przywiązujemy się do bohaterów, sekundując ich poczynaniom i trzymając kciuki, by autorce nie wpadło czasami do głowy pozbyć się któregoś z nich. 
        Bardugo stawia na małoletnich bohaterów: wszyscy protagoniści mają po kilkanaście lat i to jest największa słabość tej książki. Trudno uwierzyć w genialnych wirtuozów zbrodni, nawet gdy stoi za nimi wieloletnie doświadczenie w oszukiwaniu innych, ale prawie niemożliwe jest rzetelne przedstawienie nastolatka w roli mózgu gangu. Postarzenie postaci przynajmniej dwukrotnie nie wpłynęłoby znacząco na fabułę, a znacznie poprawiłoby wiarygodność opowieści. W całą resztę jestem skłonna uwierzyć, gdyż nawet najbardziej niewykonalne poczynania bohaterów przynależą do stylistyki tego typu opowieści: nawet jeżeli jest to kradzież czołgu…

sobota, 17 grudnia 2016

Jeśli nie chcesz mojej zguby, gwiazdkę z nieba daj mi luby.


Ten, kto gwiazdę w locie schwyta,
Sprawi dziecko mandragorze,
Wie, skąd diabeł wziął kopyta,
Albo czemu gasną zorze,
Umie słuchać Syren śpiewu,
Strzec się zawistników gniewu —
Ten jedyny
Zna krainy,
Gdzie nie znajdzie fałsz gościny.

           Gaiman znów czaruje: tym razem snując swoją wersję baśni o dzielnym i ubogim młodzieńcu, który musi przejść Próbę, by zasłużyć na uczucie swojej wybranki.
          Pozornie obiektem uczuć głównego bohatera jest piękna i bogata Victoria, a Próbą staje się wyprawa po spadającą gwiazdę w nieznane, poza granicami malutkiej wioski. Potem jednak fabuła zaczyna odbiegać od utartych schematów. Niespodziewanie dla naszego bohatera, gwiazda okazuje się być piękną dziewczyną o nieco wybuchowym charakterku, a eksplorowanie świata niesie za sobą tyleż samo niebezpieczeństw, co fascynujących przygód. Młodzieniec wróci z wyprawy zupełnie innym człowiekiem…
      Podróż do Krainy Czarów staje się okazją, by stworzyć baśń mówiącą o przeróżnych pragnieniach i próbie ich zaspokojenia, jednocześnie opiewającą siłę miłości, która pozwala nieśmiałemu chłopcu na heroiczne czyny.
          Ponownie pisarz czerpie garściami z mitologii, podań, legend i literatury, zaludniając swoją historię magicznymi stworami, cudownymi obrazami, dając upust nieskrępowanej wyobraźni. Gadające ptaki? Proszę bardzo. Duchy komentujące wydarzenia? Nie ma sprawy. Zły las próbujący zjadać podróżników? Ależ oczywiście…
Gaiman cudownie gra nie tylko z konwencją baśni, ale także z literaturą XIX wieku. Narrator, klasyczny wszechwiedzący gawędziarz, rodem z wiktoriańskich powieści, nie tylko skrupulatnie informuje czytelnika o rozgrywających się wydarzeniach, ale także wzbogaca swoją opowieść o anegdotki i często sarkastyczne komentarze.  Przy czym „Gwiezdny pył”, to pełna magii, okrucieństwa i humoru opowieść w której młody Tristran odbywa szaloną podróż,  dorównującą czasami tej przebytej przez Alicję w Krainie Czarów.
Wyprawa w towarzystwie Tristrana i jego charakternej towarzyszki, to eskapada czasami mroczna, ale także pełna humoru i niesamowitych scen wyprawa, w której nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Kolejny raz Gaiman stworzył uniwersalną historię, trafiająca do czytelnika w każdym wieku. 

środa, 7 grudnia 2016

Więc chodź pomaluj mi Świat...Dysku


            Kolorowanka, która przygotowało wydawnictwo Prószyński składa się z czarno –białych prac nawiązujących do znanych dziel sztuki, ilustracji znanych fanom, ale także takich, które zostały specjalnie przygotowane na potrzeby tej publikacji. Nierzadko zdarza się okazja, by móc pokolorować Śmierć, nadać trochę kolorków babci Weatherwax,, czy też nieco ożywić ponure oblicze Sama Vimesa.  Prac Paula Kidby’ego fanom Pratchetta przedstawiać nie trzeba: ten znakomity grafik towarzyszył naszym lekturom od 2002 roku, kiedy to zaczął tworzyć okładki do powieści angielskiego pisarza. 
        Całość jest dodatkowo uzupełniona cytatami z książek i stanowi naprawdę wspaniałą rozrywkę, choć nieco hermetyczną: to zdecydowanie książka dla miłośników prozy nieodżałowanego pisarza, odbiegająca od stereotypowych kolorowanek dla dorosłych, które wypełniają księgarskie półki. Trudno  mi wyobrazić sobie, że ktoś, kto do tej pory kolorował fantazyjne arabeski, czy też ogrody pełne kwiatów, zdecyduje się nagle na wypełnianie barwami konturów gigantycznego orangutana, siedzącego wśród książek…
      Poza powyższym zastrzeżeniem, nie mam żadnych uwag do omawianej kolorowanki: jako zagorzała wielbicielka  Pratchetta  z radością powitałam możliwość kolejnej okazji, by choć na chwilę zanurzyć się w wykreowanym przez niego uniwersum. Nawet za pośrednictwem kredek.