środa, 16 marca 2016

Sentymentalny gniotek


„Nad rzeką marzeń” miała być ciepłą i pogodną opowieścią o dojrzałej kobiecie pragnącej od życia czegoś więcej, niż niańczenie wnuków, niestety okazała się być płaskim i mocno przewidywalnym romansem.
            Główną bohaterką jest Grace, wdowa dobiegająca 50, która postanawia zerwać z rutyną dotychczasowego, monotonnego przyznajmy życia, i kupując stary pensjonat dokonuje kilku przewartościowań. Początek jest obiecujący: rozpieszczona przez życie bogata wdowa, zawsze w cieniu męża, pokornie rezygnująca z własnej kariery na rzecz domu i dzieci, nagle radykalnie odmienia swoją codzienność. Nie zważając na sprzeciwy rodziny, zdumionej tym kaprysem, wbrew opinii ludzi, którzy nie wierzą w powodzenie jej przedsięwzięcia, Grace zaciska zęby i zabiera się za prowadzenie pensjonatu.
            Niestety autorka nie uwierzyła w powodzenie własnej historii i postanowiła ją doprawić czym się tylko da.  Mamy zatem klasyczny romans, gdyż Grace poznaje okolicznego przystojniaka i bawidamka, który rzecz jasna pod jej wpływem radykalnie się zmienia. Również córka Grace, która przebywa z odsieczą matce, wpada w ramiona swojego przystojnego przeznaczenia. Równolegle prowadzony jest wątek tajemniczego prześladowcy, zostawiającego groźne liściki i śledzącego mieszkańców miasteczka. Jakby tego było mało, miejscowy pastor, sprzedawczyni w sklepie i organistka obdarzeni są dziwnymi mocami, zesłanymi im przez Boga.
            Kwestia wiary i religii zajmuje także niezwykle ważne miejsce w opowieści, niestety poprowadzona jest w sposób straszliwie toporny i łopatologiczny. Nie ma tutaj miejsca na wątpliwości i rozważania, jest tylko cudowne nawrócenie jednej z bohaterek, pokazane iście w amerykańskim stylu. Niegdyś ogromną popularnością cieszyły się książki Jan Karon, która  z ogromnym wdziękiem pisała o pastorze, wierze i wszelkich problemach, jakie nastręczyć może życie bogobojnego człowieka w małym miasteczku.  Lin Stepp nie udało się w najmniejszym nawet stopniu dorównać tamtym powieściom.
            Całości nie ratują też dialogi, na przemian drewniane i kwieciste, kiepsko jest także z postaciami. Każdy z bohaterów to zlepek kilku cech, czasami dosyć przeciwstawnych np. podrywacz Jack nagle zmienia się z prawdziwego erotomana w rycerza, wzdychającego czysto platonicznie do swojej wybranki.
Historia toczy się w przewidywalny sposób aż do finału, który był oczywisty od pierwszej strony. Bohaterowie są piękni i wszystko im się udaje, ale to nic dziwnego skoro prowadzenie pensjonatu autorka pokazuje, wyłącznie jako połączenie spożywania śniadań z gośćmi i dobieranie kwiatów do wazonów.
            Próby wyjścia poza schemat czystego romansu, niestety nie powiodły się w żadnym calu, więc „Nad rzeką marzeń” wymaga naprawdę dużej cierpliwości ze strony swojego czytelnika.

Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl

2 komentarze:

  1. Borze szumiący -_-
    Brzmi tragicznie, podziwiam, że dotrwałaś do końca :P

    OdpowiedzUsuń