sobota, 17 grudnia 2016

Jeśli nie chcesz mojej zguby, gwiazdkę z nieba daj mi luby.


Ten, kto gwiazdę w locie schwyta,
Sprawi dziecko mandragorze,
Wie, skąd diabeł wziął kopyta,
Albo czemu gasną zorze,
Umie słuchać Syren śpiewu,
Strzec się zawistników gniewu —
Ten jedyny
Zna krainy,
Gdzie nie znajdzie fałsz gościny.

           Gaiman znów czaruje: tym razem snując swoją wersję baśni o dzielnym i ubogim młodzieńcu, który musi przejść Próbę, by zasłużyć na uczucie swojej wybranki.
          Pozornie obiektem uczuć głównego bohatera jest piękna i bogata Victoria, a Próbą staje się wyprawa po spadającą gwiazdę w nieznane, poza granicami malutkiej wioski. Potem jednak fabuła zaczyna odbiegać od utartych schematów. Niespodziewanie dla naszego bohatera, gwiazda okazuje się być piękną dziewczyną o nieco wybuchowym charakterku, a eksplorowanie świata niesie za sobą tyleż samo niebezpieczeństw, co fascynujących przygód. Młodzieniec wróci z wyprawy zupełnie innym człowiekiem…
      Podróż do Krainy Czarów staje się okazją, by stworzyć baśń mówiącą o przeróżnych pragnieniach i próbie ich zaspokojenia, jednocześnie opiewającą siłę miłości, która pozwala nieśmiałemu chłopcu na heroiczne czyny.
          Ponownie pisarz czerpie garściami z mitologii, podań, legend i literatury, zaludniając swoją historię magicznymi stworami, cudownymi obrazami, dając upust nieskrępowanej wyobraźni. Gadające ptaki? Proszę bardzo. Duchy komentujące wydarzenia? Nie ma sprawy. Zły las próbujący zjadać podróżników? Ależ oczywiście…
Gaiman cudownie gra nie tylko z konwencją baśni, ale także z literaturą XIX wieku. Narrator, klasyczny wszechwiedzący gawędziarz, rodem z wiktoriańskich powieści, nie tylko skrupulatnie informuje czytelnika o rozgrywających się wydarzeniach, ale także wzbogaca swoją opowieść o anegdotki i często sarkastyczne komentarze.  Przy czym „Gwiezdny pył”, to pełna magii, okrucieństwa i humoru opowieść w której młody Tristran odbywa szaloną podróż,  dorównującą czasami tej przebytej przez Alicję w Krainie Czarów.
Wyprawa w towarzystwie Tristrana i jego charakternej towarzyszki, to eskapada czasami mroczna, ale także pełna humoru i niesamowitych scen wyprawa, w której nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Kolejny raz Gaiman stworzył uniwersalną historię, trafiająca do czytelnika w każdym wieku. 

środa, 7 grudnia 2016

Więc chodź pomaluj mi Świat...Dysku


            Kolorowanka, która przygotowało wydawnictwo Prószyński składa się z czarno –białych prac nawiązujących do znanych dziel sztuki, ilustracji znanych fanom, ale także takich, które zostały specjalnie przygotowane na potrzeby tej publikacji. Nierzadko zdarza się okazja, by móc pokolorować Śmierć, nadać trochę kolorków babci Weatherwax,, czy też nieco ożywić ponure oblicze Sama Vimesa.  Prac Paula Kidby’ego fanom Pratchetta przedstawiać nie trzeba: ten znakomity grafik towarzyszył naszym lekturom od 2002 roku, kiedy to zaczął tworzyć okładki do powieści angielskiego pisarza. 
        Całość jest dodatkowo uzupełniona cytatami z książek i stanowi naprawdę wspaniałą rozrywkę, choć nieco hermetyczną: to zdecydowanie książka dla miłośników prozy nieodżałowanego pisarza, odbiegająca od stereotypowych kolorowanek dla dorosłych, które wypełniają księgarskie półki. Trudno  mi wyobrazić sobie, że ktoś, kto do tej pory kolorował fantazyjne arabeski, czy też ogrody pełne kwiatów, zdecyduje się nagle na wypełnianie barwami konturów gigantycznego orangutana, siedzącego wśród książek…
      Poza powyższym zastrzeżeniem, nie mam żadnych uwag do omawianej kolorowanki: jako zagorzała wielbicielka  Pratchetta  z radością powitałam możliwość kolejnej okazji, by choć na chwilę zanurzyć się w wykreowanym przez niego uniwersum. Nawet za pośrednictwem kredek.

niedziela, 4 grudnia 2016

Grafomania na rykowisku


     „Randka z jeleniem” miała być ciekawą historią, nie tylko o zakładaniu prywatnej fermy jeleni na Mazurach, ale także opowieścią o powrocie z emigracji i zmaganiach z absurdami codzienności. Niestety, już od kilku pierwszych stron czytelnik zapytuje sam siebie: co to ma być?Wspomnienia autorki przeplatane są ni stąd, ni zowąd wykładami na przeróżne tematy. I tak historia pewnego sylwestra staje się okazją do przytoczenia genezy tego święta, a wygląd sali balowej prowadzi do wywodu o odkryciach Mikołaja Kopernika!  Ani to  odkrywcze, ani ciekawie przytoczone, ot w stylu nudnawego wykładu.
       Całość niemalże zbudowana jest  ze zdań prostych, taki  telegraficzny styl nie świadczy najlepiej o literackim talencie autorki. nie lepiej wychodzi autorce konsekwentne trzymanie się jednego czasu: nagminnie miesza czas przeszły i teraźniejszy w obrębie jednego akapitu.Wszędzie dominuje chaos: pani Sęczykowska skacze od wspomnienia do wspomnienia, przeplatając je kolejnymi niepotrzebnymi nikomu informacjami np. dotyczącymi wychowywania dzieci w dworach staropolskich. Na to wszystko spływa dodatkowo lukier w postaci mądrości rodem z książek Paula Coehlo.
        Żeby było jeszcze gorzej co i rusz natrafiamy na łopatologicznie poprowadzoną pochwałę religii katolickiej,  jak choćby w przypadku tezy o wysokiej moralności szlachty polskiej jako wyniku wychowania katolickiego. Nie sposób nie uśmiechnąć się na myśl o „moralności” niektórych naszych przodków, szczególnie tych urzędujących w dworach.
       Najgorsze jednak, że autorka stawia się w pozycji wyroczni i tonem pełnym wyższości wygłasza kazania np. o degeneracji polskiej wsi. Powiela krzywdzące stereotypy i mocno uogólnia, jak choćby w rozdziale, gdzie sprowadza wszystkich mieszkańców Mazur do pijaczków wystających pod lokalnym sklepem.
      Elżbieta Sęczykowska stworzyła dziwną hybrydę gatunkową: ni to biografię, książeczkę naukową dla dzieci, czy też poradnik hodowli jeleni. Jakkolwiek by jednak nie spojrzeć na „Randkę z…”, trudno jednak uznać ten eksperyment za udany. Całość jest pretensjonalna, miejscami niezwykle nudna i pozbawiona wigoru.

            

środa, 30 listopada 2016

Kontrowersyjna biografia Pilcha


Życie Pilcha to niewątpliwie materiał na pokaźną książkę. Choroba, liczne związki, nagrody, bogata twórczość literacka, nałogi- to wszystko opisane zostało niezwykle skrupulatnie, wręcz przesadnie drobiazgowo. Monumentalna biografia grzeszy rozdrabnianiem się i szczegółowością, w których ginie czasami główny bohater. Nierzadko te szczegółowe relacje są wręcz bolesne dla czytelnika np. w przypadku bardzo dokładnych  opisów picia Pilcha, sprawiających wrażenie wziętych z brukowców, skupiających się na taniej sensacji.
Niezbyt przyswajalny jest także język, którym autorka tworzy wizerunek Pilcha. Czasami pompatyczny, czasami groteskowo nieporadny. Wielu krytyków zwróciło uwagę na fakt, że dziennikarka stara się pisać „frazą Pilcha”, ale niestety jej to nie wychodzi i w rezultacie zamiast hołdu literackiego, mamy karykaturę.
 Kubisiowska dotarła do wielu dokumentów z życia rodziny pisarza, opisując dalszych i bliższych przodków pisarza, cytując nie tylko te materiały, ale także wypowiedzi przyjaciół, znajomych i krewnych. Najbardziej jaskrawe są oczywiście wypowiedzi byłych kochanek pisarza, koncentrujące się na krzywdach i ranach zadawanych im w trakcie związku z pisarzem.
Biografia autora jak widać w dużej mierze koncentruje się na jego niezbyt jasnej stronie: otrzymujemy wizerunek człowieka, który praktycznie ciągle pije, zdradza swoje kobiety i bardzo łatwo idzie na kompromisy z władzą, niezależnie od tego, jaka ona jest.  Nic dziwnego, że bohater tej książki przestał odbierać telefony od autorki.
Sam Pilch napisał kiedyś w swoim „Dzienniku”: "Biografii mamy przez to tyle, ile mamy. Ach, nie tylko przez to - też z piramidalnego lenistwa. Względy moralne są tu jakże dogodnym alibi - nie róbmy nic, bo ciotka źle się poczuje. Od samopoczucia ciotki nie ma w kulturze nic ważniejszego". Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor wolałbym jednak nie występować w roli owej ciotki…

niedziela, 27 listopada 2016

Wojna królów



Jean des Cars próbuje przybliżyć nam sylwetki wielkich ale i tych zapomnianych monarchów; ich słabostki, dziwactwa i historie rodzinne. Głównym założeniem książki jest teza o tym, że jej bohaterowie to ludzie z krwi i kości, pełni wad, zalet i podatni na rozmaite wpływy. Des Cars nie traktuje ich tylko w kategoriach koronowanych głów, uosabiających dążenia swoich państw, ale właśnie jako miotanych przeróżnymi uczuciami śmiertelników.
Francuz z uwagą przygląda się swoim bohaterom, analizując kierujące nimi pobudki oraz rozbierając na czynniki pierwsze życie prywatne i konsekwencje wynikające z takich, a nie innych cech charakteru  danej koronowanej głowy. Kluczem do całości jest zatem spojrzenie z „ludzkiego punktu widzenia” zarówno na obie wojny światowe, jak i okres międzywojenny. 
            Monarchowie sprzed 1914 roku ( wybuch I Wojny Światowej stanowi przełomową datę w opracowaniu francuskiego dziennikarza) w większości spokrewnieni ze sobą, prowadzący szereg rozgrywek, politycznych gier, prowadzących do wybuchu katastrofy: „Wojna królów będzie niewiarygodnym wyrazem rodzinnych porachunków na skalę całego kontynentu”.
            W sposób jasny i klarowny autor prowadzi czytelnika przez Wielką Historię, koncentrując się na jej jednostkowym wymiarze, owej „ludzkiej stronie” wydarzeń. Nie zapominając jednak przybliżyć mechanizmów, które doprowadziły do wybuchu dwóch tragicznych konfliktów na skalę światową. Niemalże gawędziarski ton wyjątkowo pasuje do tej publikacji, z zamierzenia mającej uczyć i bawić, gdyż „Berło i krew’ to nie przesadnie ambitna pozycja historyczna, ale solidne i przystępne opracowanie, po które może sięgnąć zarówno laik jak i pasjonat minionych dziejów.

wtorek, 15 listopada 2016

Nowe "Targowisko próżności"


        Julian Fellowes znany jest na całym świecie jako autor scenariusza do serialu „Downton Abbey”, śledzonego przez miliony widzów. Nieco mniej popularne jest jego oblicze pisarza, mimo, że „Belgravia”, to już trzecia powieść spod jego ręki.
       Scenarzysta, aktor i pisarz po raz kolejny rozgrywa na naszych oczach historię bogatych nuworyszy wkradających się w szeregi, oburzonej tym, arystokracji. Londyn pod rządami królowej Wiktorii rozrasta się bardzo szybko, powstają nowe dzielnice takie jak tytułowa Belgravia, miejsca elitarne i luksusowe, gdzie toczy się akcja powieści.
          Napędzana ambicjami rodzina kupiecka kontra wyższe sfery, to konflikt doskonale obrazujący sprzeczności targające XIX wiekiem. Fellowes oferuje nam wielowymiarowych bohaterów: żądnego zaszczytów kupca i jego rozsądną żonę. W kontrze do nich pozostają przedstawiciele arystokracji, tacy jak księżna Bellasis, wypowiadająca oskarżycielskie słowa: „Jest pani tworem nowej ery”, skierowane do swojej antagonistki. Ery, której istnienia nikt z wyższych sfer nie chce przyjąć do wiadomości, bądź stara się ją zbagatelizować.
            Pisarz nie porzuca dobrze znanego nam tematu i wprowadza na scenę także służących, którzy celnie komentują życie swoich państwa. Akcję napędzają więc wydarzenia w trzech sferach: bogacących się parweniuszy, ustępującej im powoli pola arystokracji i ludzi spędzających większość życia „pod schodami”. Każda z tych sfer ma swoje mniejsze i większe tajemnice, brudne sekreciki, które skrywane latami urastają do rangi skandali mogących zniszczyć czyjeś życie. „Belgravię” wypełniają w dużej mierze mocno niesympatyczne persony, traktujące innych wyłącznie w kategoriach użytkowych.
Scenarzysta okazuje się być godnym naśladowcą Thackeraya, wyraziście rysując przed nami prawdziwe targowisko próżności, napędzane niezdrowymi ambicjami i destrukcyjnie wpływające na każdego, kto choć na chwilę zapuścił się w piękne ulice Belgravii.


niedziela, 13 listopada 2016

Powrót do świata na skraju zagłady.



„Elantris” było kilka lat temu moim pierwszym spotkaniem z prozą Sandersona, na tyle udanym, że dzisiaj mam osobną półkę na książki tego autora, które Mag ku mojej radości wydaje i wydaje.
        Historia tym razem rozgrywa się w świecie dotkniętym zagładą. Arleon miał niegdyś wspaniałą stolicę- Elantris- magiczne miejsce zamieszkiwane przez pełne mocy istoty, przyczyniające się do dobrostanu całego państwa. Pewnego dnia jednak magia zniknęła, a Elantris spektakularnie upadło, stając się opustoszałą skorupą zamieszkaną przez okaleczonych ludzi. Nowa stolica, Kae, nie jest nawet po części tak piękna, jak dawna; w dodatku zagraża jej niebezpieczeństwo ze strony fanatyków religijnych, podbijających kolejne kraje dla swojego surowego boga i cesarza.
    Sanderson w środku tych wydarzeń stawia dwie główne figury: księżniczkę Sarene i jej niedoszłego męża i następcę trony Arleonu, księcia Raodena. Żadne z nich nie należy do największych szczęśliwców: Raoden pewnego pięknego dnia budzi się dotknięty tajemniczą chorobą, przekleństwem Elantris, w następstwie czego zostaje ogłoszony martwym i wygnany do zniszczonej dawnej stolicy. Z kolei Sarene przybywa do swojego nowego domu i tam dowiaduje się, że jest już wdową. Księżniczka niezależnie od swojego tragicznego położenia musi podjąć wysiłek obrony kraju przed fanatykami z Fjordenu, a wygnany książę próbuje pomóc nie tylko sobie, ale wszystkim nieszczęsnym mieszkańcom opustoszałego i mrocznego Elantris.


    „Miasto stało się rozległym grobowcem dla tych, których ciała zapomniały, jak to jest umrzeć”. Elantris to przerażające miejsce, zamieszkane przez martwych ludzi: ich serca nie biją, ich rany nigdy się nie goją, towarzyszy im wieczny ból i głód, którego praktycznie nie da się zaspokoić. Pokryte szlamem ulice nie stanowią schronienia przed zimnem, deszczem, czy tez okrucieństwem zdziczałych band żerujących na innych. Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby wykrzesać z siebie w takim miejscu, choć trochę siły by starać się je zmienić. Jednak Raoden próbuje…
    W nieco lepszej, choć też nie godnej pozazdroszczenia, sytuacji znajduje się księżniczka:  samotna na obcym dworze, pozostawiona na pastwę dworskich intryg, usiłująca ratować swoją nową i starą ojczyznę, bez rodziny, przyjaciół, sojuszników.
Zupełnie inną walkę toczy Hrathen, wysokiej rangi kapłan niszczycielskiej religii, który przybył do Kae, by je nawrócić lub zniszczyć. Losy tych trzech postaci Sanderson splata w skomplikowanej sieci wzajemnych zależności, co chwilę krzyżując ich ścieżki.
      Pisarz jak zwykle tworzy w pełni dopracowany świat, z odrębnym systemem wierzeń, własną geografią i magią. Nie trzeba chyba już dodawać, że całość jest spójna i wiarygodna. Z kolei protagoniści nieco odbiegają od tych, do których amerykański twórca zdążył nas przyzwyczaić. Tym razem w centrum wydarzeń są zwykli ludzie, a nie obdarzeni specjalnymi zdolnościami wybrańcy. To dosyć odświeżający pomysł, po licznych tomach rozgrywających się wokół postaci obdarzonych nadnaturalnymi mocami i ratującymi świat jeszcze przed śniadaniem. Książę, jego niedoszła małżonka i kapłan muszą radzić sobie z ograniczeniami, jakie narzucane są innym śmiertelnikom, zamieszkującym targany niepokojami Arleon.
   Niektóre fragmenty jasno pokazują, że „Elantris” to debiut: część rozwiązań razi schematycznością, czasami na scenę wkracza deus ex machina, a działania bohaterów bywają nam łopatologicznie wyjaśniane. Ale mimo tego wielu autorów dałoby sobie pewnie uciąć to i owo, by móc tak zadebiutować.
      Z prawdziwą przyjemnością wróciłam po latach do fascynującej rzeczywistości, pełnej magii i okrucieństwa, bawiąc się przy tej lekturze tak samo dobrze, jak za pierwszym razem.