Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandon Sanderson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandon Sanderson. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 marca 2017

Podróż między światami



            Opowiadania, to wbrew pozorom trudniejsza część prozy. Powieść pozwala na powolne rozwijanie wątków, czy też na  maskowanie ewentualnych niedociągnięć mnogością wydarzeń i postaci. Opowiadania rządzą się innymi prawami i z reguły szybko obnażają niedostatki warsztatu pisarskiego. Dlatego też ciekawa byłam, jak w tej formie wypadnie Sanderson, znany z tworzenia monumentalnych cegieł, w dodatku najczęściej występujących w seriach.
            „Bezkres magii” nie jest typowym zbiorem, gdyż zawiera teksty nie tylko dłuższe, niż typowe opowiadanie, ale także stanowiące dopowiedzenie niektórych wątków z powieści autora oraz historie ujawniające zamysł pisarza, chcącego swoimi książkami stworzyć ogromne uniwersum: Cosmere.
            Uważny czytelnik już dawno zauważył sieć powiązań między poszczególnymi jego tekstami, niezależnie od świata w którym rozgrywała się opowieść.  Drobne wskazówki, pewne wtrącenia i powiązania między bóstwami, posiadanymi mocami, czy też funkcjonującą magią, to wszystko razem wskazywało na osadzenie we wspólnej przestrzeni, właśnie w Cosmere. Jak tłumaczy sam pisarz: „Wiedziałem, że chcę stworzyć (…) epopeję większą od epopei. Opowieść obejmującą światy i epoki”. Lektura „Bezkresu magii” dobitnie pokazuje, jak ambitne jest to zamierzenie.
            Książka zawiera dziewięć tekstów, z których jeden: „Dusza cesarza”, ukazał się już w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Mag, jako samodzielny tom. Opowiadania te rozgrywają się w jednym z sześciu układów: Sel, Scadrial, Taldain, Tren, Drominad oraz Roshar. Niektóre z nich doczekały się już kilku ksiąg opisu, inne opisane zostały w jednej książce, a jeszcze inne na kartach powieści graficznej. Są też w zbiorze układy, do których Sanderson dopiero ma zamiar wrócić i opowiadanie stanowi jedynie przystawkę przed daniem głównym, na które zapewne przyjdzie nam długo poczekać.

Wydania anglojęzyczne czarują spójnością stylistyczną okładek.

         Przed każdym z tekstów znajduje się mapa danego układu oraz jego omówienie, dokonane przez jedną z bohaterek: badaczkę  Khriss, przemierzającą kolejne światy i opisującą ich strukturę. Dodatkowo, każde z opowiadań wieńczy komentarz odautorski, przybliżający genezę powstawania tekstu, jego powiązania z innymi książkami oraz plany na kolejne teksty. A jakby tego było mało: wydawnictwo wrzuciło do środka ilustracje, fragment powieści graficznej i liczne mapki. Uffff, czyż nie mówiłam, że to nie jest zwykły zbiór opowiadań?
Co do samych tekstów: przeważająca ich część dotyczy bohaterów i światów doskonale znanych czytelnikom Sandersona.  „Jedenasty metal”, czy też „Tajna historia” pozwalają nam nie tylko wrócić do cyklu „Ostatnie Imperium”, ale też ponownie stykają z jednym z moich ulubionych bohaterów: Kelsierem. Koniecznie jednak trzeba zaznaczyć, że część teksów może być jednym wielkim spoilerem do „Ostatniego imperium”, zatem warto wstrzymać się z ich lekturą do zakończenia tamtej trylogii.  

Krótka ściąga: co Sandersona już zostało wydane przez Maga. Jest trochę czytania :)

          Tom zawiera także historie pozwalające nam na poznanie nowych światów i to są, moim zdaniem, opowiadania w zbiorze najlepsze: szczególnie „Cienie dla Ciszy w lasach Piekła” oraz „Szósty ze zmierzchu”, charakteryzujące się mrocznym i niepokojącym klimatem oraz osadzone w światach, gdzie wszystko tylko czyha by pozbawić bohaterów życia. Wyróżnia się tutaj planeta Drominad i jej wyspy, gdzie zwierzęta, rośliny i klimat są niezwykle zabójcze, ale i lasy Piekła nie ustępują im w konkursie na najmniej nieprzyjazne miejsce do zamieszkania. Tego typu miejsca zamieszkiwane są przez specyficzny rodzaj ludzi: twardych i nieustępliwych, gotowych na wszystko. Zabójcza Cisza jest doskonałym tego przykładem: właścicielka gospody szybko pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze i nie jest to twarz miłej mamusi.
„Bezkres magii”, to pozycja w przeważającej mierze skierowana do fanów Sandersona, raczej nie warto od niej zaczynać przygody z tym pisarzem: część tekstów może się wydać nowym czytelnikom przesadnie zagmatwana. Za to maniacy twórczości tego pisarza zdecydowanie będą ukontentowani: powrotem znanych bohaterów, nowymi światami, poszerzoną wiedzą na temat światów już opisanych i pogłębieniem charakterów postaci drugoplanowych.  

niedziela, 12 lutego 2017

Siewca wojny czy rozjemca?


       Wydawnictwo Mag ( i chwała mu za to) konsekwentnie wydaje kolejne tomy prozy Sandersona, sięgając nie tylko po pozycje nieznane polskiemu czytelnikowi, ale także wznawiając książki sprzed kilku lat. Tak oto niegdysiejszy „Siewca wojny” wraca pod nowym tytułem „Rozjemcy”.
    „Rozjemca” rozgrywa się w przeważającej części w Hallandren, Krainie Bogów, a ściślej: powracających po śmierci ludzi, którzy zginęli w chwalebny sposób, co spowodowało ich niecodzienny comeback. W chwili rozpoczęcia historii, Hallandren zastanawia się nad wypowiedzeniem wojny krainie Idris, ojczyźnie Siri i Vivenny. Odroczeniem konfliktu może stać się małżeństwo Króla-Boga z jedną z księżniczek. W ten oto sposób niepokorna Siri ląduje w samym środku  ojczyzny wroga i poślubia tajemniczą istotę o potężnej mocy.
        W tym samym czasie Vivenne dochodzi do wniosku, że jej postrzeloną siostrzyczkę czeka pewna śmierć w miejscu tak różnym od rodzinnego królestwa i wyrusza z misją ratunkową, która szybciutko przerodzi się w walkę o przetrwanie samej Viv. Na szczęście dziewczyna szybko znajduje sojuszników, a jej naiwny plan ratunku przechodzi gwałtowną metamorfozę, by z niemożliwego stać się całkiem realnym.
Jak to u tego pisarza bywa, akcja rozwija się nieśpiesznie, Początkowe sceny, to ekspozycja bohaterów, kiedy to poznajemy figury rozstawiane na planszy przez autora. Pozornie, każdego z bohaterów można opisać jednym słowem: Siri, to lekkomyślna księżniczka, z kolei Vivenna jest tą rozważniejszą z sióstr. Dar Pieśni, poznajemy jako lekkoducha, boga nieustannie kpiącego z wszystkiego i wszystkich, najmniej poważnie traktującego swój boski status.  Z czasem jednak bohaterowie ewoluują i na wskutek rozgrywających się wydarzeń, zmieniają się nie do poznania, negując w ten sposób ciasne ramy, w które ich wtłoczono, bądź w które weszli sami.
Po raz kolejny wraca motyw potencjalnego konfliktu militarnego i próby powstrzymania go za wszelką cenę. Jedno królestwo żyje w strachu przed drugim, a ich władcy zmuszeni są do podejmowania trudnych decyzji, jak ta o oddaniu córki wrogowi. Jednak nie ma mowy o wtórności, czy też odgrzewanych daniach: „Rozjemca” jest zupełnie inną powieścią, niż było „Elantris”.
Sanderson nie byłby sobą, gdyby dla kolejnej powieści nie opracował nowego systemu magicznego. Tym razem jest to BioChroma,  oparta na zbieraniu Oddechów, dzięki którym można zmieniać kształt rzeczy, a nawet ożywiać przedmioty, czy też ludzi. Im więcej Oddechów, tym potężniejszy ich właściciel: Król-Bóg ma ich ponad 50 tysięcy…
Sandersona lubię niezmiernie, co nie znaczy, że nie widzę wad jego książek; tym razem rozśmieszył mnie pomysł z Królewskimi Lokami, zmieniającymi kolor z zależności od nastroju „właściciela włosów” (jesteś wkurzony? wiem, bo twoje włosy zrobiły się czerwone..ehhhhh) Nie do końca przekonały mnie bohaterki, oparte w dużej mierze na skontrastowaniu cech charakteru oraz zbytnio polegające w swoich działaniach na mężczyznach. Zdarzyło się także, że wzdychałam z niecierpliwieniem przy kolejnym opisie sukni, czy też wielokrotnym podkreślaniu, jak obce dla obu dziewcząt jest Hallandren.
Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że „Rozjemcę” przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, po raz kolejny pozwalając by autor zabrał mnie w długą i fascynującą podróż. 

niedziela, 13 listopada 2016

Powrót do świata na skraju zagłady.



„Elantris” było kilka lat temu moim pierwszym spotkaniem z prozą Sandersona, na tyle udanym, że dzisiaj mam osobną półkę na książki tego autora, które Mag ku mojej radości wydaje i wydaje.
        Historia tym razem rozgrywa się w świecie dotkniętym zagładą. Arleon miał niegdyś wspaniałą stolicę- Elantris- magiczne miejsce zamieszkiwane przez pełne mocy istoty, przyczyniające się do dobrostanu całego państwa. Pewnego dnia jednak magia zniknęła, a Elantris spektakularnie upadło, stając się opustoszałą skorupą zamieszkaną przez okaleczonych ludzi. Nowa stolica, Kae, nie jest nawet po części tak piękna, jak dawna; w dodatku zagraża jej niebezpieczeństwo ze strony fanatyków religijnych, podbijających kolejne kraje dla swojego surowego boga i cesarza.
    Sanderson w środku tych wydarzeń stawia dwie główne figury: księżniczkę Sarene i jej niedoszłego męża i następcę trony Arleonu, księcia Raodena. Żadne z nich nie należy do największych szczęśliwców: Raoden pewnego pięknego dnia budzi się dotknięty tajemniczą chorobą, przekleństwem Elantris, w następstwie czego zostaje ogłoszony martwym i wygnany do zniszczonej dawnej stolicy. Z kolei Sarene przybywa do swojego nowego domu i tam dowiaduje się, że jest już wdową. Księżniczka niezależnie od swojego tragicznego położenia musi podjąć wysiłek obrony kraju przed fanatykami z Fjordenu, a wygnany książę próbuje pomóc nie tylko sobie, ale wszystkim nieszczęsnym mieszkańcom opustoszałego i mrocznego Elantris.


    „Miasto stało się rozległym grobowcem dla tych, których ciała zapomniały, jak to jest umrzeć”. Elantris to przerażające miejsce, zamieszkane przez martwych ludzi: ich serca nie biją, ich rany nigdy się nie goją, towarzyszy im wieczny ból i głód, którego praktycznie nie da się zaspokoić. Pokryte szlamem ulice nie stanowią schronienia przed zimnem, deszczem, czy tez okrucieństwem zdziczałych band żerujących na innych. Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby wykrzesać z siebie w takim miejscu, choć trochę siły by starać się je zmienić. Jednak Raoden próbuje…
    W nieco lepszej, choć też nie godnej pozazdroszczenia, sytuacji znajduje się księżniczka:  samotna na obcym dworze, pozostawiona na pastwę dworskich intryg, usiłująca ratować swoją nową i starą ojczyznę, bez rodziny, przyjaciół, sojuszników.
Zupełnie inną walkę toczy Hrathen, wysokiej rangi kapłan niszczycielskiej religii, który przybył do Kae, by je nawrócić lub zniszczyć. Losy tych trzech postaci Sanderson splata w skomplikowanej sieci wzajemnych zależności, co chwilę krzyżując ich ścieżki.
      Pisarz jak zwykle tworzy w pełni dopracowany świat, z odrębnym systemem wierzeń, własną geografią i magią. Nie trzeba chyba już dodawać, że całość jest spójna i wiarygodna. Z kolei protagoniści nieco odbiegają od tych, do których amerykański twórca zdążył nas przyzwyczaić. Tym razem w centrum wydarzeń są zwykli ludzie, a nie obdarzeni specjalnymi zdolnościami wybrańcy. To dosyć odświeżający pomysł, po licznych tomach rozgrywających się wokół postaci obdarzonych nadnaturalnymi mocami i ratującymi świat jeszcze przed śniadaniem. Książę, jego niedoszła małżonka i kapłan muszą radzić sobie z ograniczeniami, jakie narzucane są innym śmiertelnikom, zamieszkującym targany niepokojami Arleon.
   Niektóre fragmenty jasno pokazują, że „Elantris” to debiut: część rozwiązań razi schematycznością, czasami na scenę wkracza deus ex machina, a działania bohaterów bywają nam łopatologicznie wyjaśniane. Ale mimo tego wielu autorów dałoby sobie pewnie uciąć to i owo, by móc tak zadebiutować.
      Z prawdziwą przyjemnością wróciłam po latach do fascynującej rzeczywistości, pełnej magii i okrucieństwa, bawiąc się przy tej lekturze tak samo dobrze, jak za pierwszym razem.

niedziela, 15 listopada 2015

Ostateczne poświęcenie.




Drugi tom trylogii Sandersona zakończył się w sposób, który wręcz wymusza rzucenie się łapczywie na zwieńczenie całej historii, jakim jest „Bohater wieków”.
            Minął rok od wydarzeń ze „Studni wstąpienia. Vin i Eland próbują poskładać w całość resztki Imperium pod rządami tego ostatniego. Ukochany Vin w końcu zdecydował, że pewne formy tyranii są dopuszczalne w obliczu zbliżającej się niszczycielskiej siły pragnącej zagłady świata. Przez ten czas populacja ludzi drastycznie zmalała, coraz gęstsze mgły wyniszczają plony, przynosząc głód. 
Gdyby tego było mało,  Inkwizycja nadal zabija skaa, szerząc coraz większy terror, a tajemniczy przeciwnik zaciska swoją pętlę wokół malejącej liczby gotowych stawić mu czoła przeciwników. Szybko zmieniające się realia powodują bezradność: „Jesteśmy, jak dzieci, grające w grę, która podpatrzyły u rodziców, lecz nieznające jej zasad. A nasz przeciwnik stworzył tę grę.”
Wolność nadeszła, czy jednak pozostało choć trochę czasu, by się nią nacieszyć? Imperium ponownie stało się miejscem pełnym strachu i śmierci, tyle, że z „bonusem” w postaci enigmatycznego zagrożenie gotowego uderzyć w każdej chwili. Widzimy, jak wypaczane są ideały Kelsiera, jak jego nauki wykorzystywane są w celu zagarnięcia władzy, jak niszczeje jego dziedzictwo.
Świat dookoła naszych bohaterów dosłownie się rozpada. Obserwujemy ze współczuciem, jak kolejne plany ocalenia rozbijane są w pył. Drużyna nieco szalonych rabusiów skonfrontowana zostaje z konsekwencjami zabicia Ostatniego Imperatora. Autor jasno pokazuje, że pozornie dobra decyzja okazała się być dosłownie zabójcza, nie tylko dla bohaterów, ale w konsekwencji dla całego ludzkości. Tyran był niewyobrażalnym złem, ale złem spajającym w całość świat. Jego powykrzywiane i wypaczone przez szalony rozum zasady nie pozwalały, by coś jeszcze gorszego wydostało się na wolność, dążąc do destrukcji wszystkiego na swojej drodze.
            „Bohater wieków” koncentruje się w dużej mierze na postaciach do tej pory drugoplanowych, wzbogacając w ten sposób fabułę,  ale pozwalając ewoluować także postaciom z pierwszego planu. Przykładem jest choćby Vin, która : „ (…) jakimś cudem, między upadkiem królów i zagładą świata stała się kobietą”. Eland w końcu przestał być pokojowo nastawionym do życia idealistą i stał się człowiekiem gotowym dokonywać tragicznych wyborów.
            Sanderson w końcu pozwala nam także zobaczyć, jak powstawał jego świat: rzeczywistość w której z nieba spada popiół, a krwawe słońce oświetla lichą roślinność, wśród której próżno szukać kolorów. Seria wydarzeń zapoczątkowana w pierwszym tomie nareszcie znajduje logiczne wyjaśnienie, a pisarz uchyla rąbka tajemnicy leżącej u genezy powstania istot zamieszkujących Imperium. Wszelkie niejasności zostają w końcu wyjaśnione, stając się elementem logicznego i spójnego świata przedstawionego. 
            A zakończenie trylogii… zakończenie pozostawia czytelnika wniebowziętego rozwiązaniami fabularnymi i spragnionego kolejnych tomów.


środa, 7 października 2015

Gdy zabijesz boga, musisz ocalić świat.

Wydawnictwo znów postawiło na wspaniałą oprawę graficzną serii.

            Minął rok od chwili, gdy bohaterowie „Z mgły zrodzonego” obalili Ostatniego Imperatora, pozornie kładąc kres tyranii i niewolnictwu, a także dominacji arystokracji. Vin, Elend i ich towarzysze zmagać się muszą z konsekwencjami swoich czynów: Imperator nie żyje, ale skutki jego rządów nadal trwają. Uciskani i udręczeni niewolnicy nie radzą sobie z narzuconą wolnością. Arystokracja knuje, by obalić nowego króla, a sąsiedzi spoglądają pożądliwie na imperium pozbawione obrony boga.
            „Nic się nie skończyło. Nawet się nie zaczęło. Ostatni Imperator.. był tylko opóźnieniem. Trybikiem. Teraz, gdy zginął, pozostało nam mało czasu.” Sanderson szykuje dla swoich bohaterów nie lada niespodziankę, gdy okazuje się, że wybawiając świat od tyrana jednocześnie skazali siebie i pozostałych mieszkańców imperium na zagładę… U wrót stolicy stają trzy armie, każda z nich wystarczyłaby do obalenia nowego porządku i zniweczenia dokonań bohaterów. Ratunkiem wydaje się być tylko stara legenda i opisana w niej Studnia Wstąpienia, której rzecz jasna nikt nie potrafi zlokalizować, ani powiedzieć o niej nic konkretnego. . .

Nie tylko my mamy ładne okładki ;)

Autor zaczyna swoją historię w momencie, gdy wielu innych pisarzy by ją zakończyło: ci „dobrzy” wygrali i zostali na polu boju z wszelkimi konsekwencjami swojego zwycięstwa. W filmach w tym momencie zaczęłyby się napisy końcowe. Tymczasem Sanderson konfrontuje bohaterów z twardą rzeczywistością  i następstwami obalenia Imperatora, nie mamy zatem do czynienia z bajką, w której to po śmierci złego wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Sanderson pokazuje ewolucję swoich postaci, każdy z polubionych przez nas łotrzyków musiał dojrzeć, stwardnieć; niektórzy z nich stali się bardzo bezwzględni, innym coraz trudniej żyć w rozdarciu. Fantastycznie  nakreślone są tutaj relacje między poszczególnymi kompanami ekipy nowego króla. Każdy z dawnej grupy Kelsiera zmaga się z brzemieniem pozostawionym przez martwego Z Mgły Zrodzonego: „Zmienił nas w idiotów,  którzy staną na czele armii skazanej na zagładę”.


W przypadku tych wersji  mam wrażenie, że celowano w młodszego czytelnika
  
 „Studnia Wstąpienia” jest powieścią, w której występuje zdecydowanie mniej scen walki, ale stara dobra ekipa nadal  knuje i spiskuje, bardzo dużo przy tym ryzykując i jak zwykle wyśmienicie się bawiąc, mimo ogromnego zagrożenia ze strony oblegającej miasto armii wrogów. Autor wprowadza na scenę także nowych bohaterów, przy czym niektórzy z nich, to naprawdę zaskakujące kreacje.
            Głównym wątkiem powieści jest oblężenie, ale pokazane z nietypowej strony- zamiast spektakularnych potyczek, widzimy skomplikowane intrygi knute po obu stronach muru, problemy z zaopatrzeniem zarówno po stronie atakujących, jak i oblężonych; rozpaczliwe próby zdobycia przewagi  i posiłkowanie się skrytobójcami. Oczywiście nie wszystkie wątki poświęcone są stolicy, Sanderson umiejętnie buduje także nastrój zagrożenia, coraz więcej niewyjaśnionych i tajemniczych  zjawisk jasno wskazuje, że świat zmienił się drastycznie po śmierci boga. Pojawiające się nowe zagrożenia, mgły atakujące ludzi w dzień, to tylko początek wyzwań, z jakimi musi zmierzyć się nowy władca i jego wybranka serca. Może okazać się, że zdolności Vin do tego nie wystarczą…
           W finale akcja zostaje poprowadzona w zdumiewającym kierunku, wbrew wszelkim czytelniczym przyzwyczajeniom. „Studnia Wstąpienia” nie zawodzi, jako drugi tom cyklu, konsekwentnie i przede wszystkim w sposób niezwykle interesujący  rozwijając opowiadaną nam historię. 

piątek, 31 lipca 2015

Pod niebem z popiołów.


Polskie okładki powieści...

W „Z mgły zrodzonym” Sanderson znów rzuca nas w sam środek opowieści, nie ułatwiając poznawania świata. Od pierwszej strony zarzucani jesteśmy pojęciami, faktami, skomplikowanymi zasadami rządzącymi magią itd. Amerykański pisarz ufa swoim czytelnikom, ich ciekawości i determinacji w zgłębianiu tajemnic kolejnego uniwersum. To cudowna odmiana po książkach, których autorzy prowadzą nas za rączkę przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt stron; paluszkami wręcz pokazując co i jak, byśmy nie pogubili się w meandrach rzeczywistości przedstawionej..
Tym razem autor stworzył ponury świat w którym z nieba leci popiół, rośliny walczą o przeżycie na jałowej ziemi uprawianej przez niewolników skaa, nieludzko traktowanych przez swoich panów, a wszystko to ma miejsce pod surowym spojrzeniem Ostatniego Imperatora, istoty władającej od tysięcy lat.
Całość poznajemy od strony półświatka, z perspektywy złodziei,  morderców, rzezimieszków zamieszkujących stolicę i starających się przeżyć kolejny dzień w okrutnym świecie. Punktem zapalnym akcji stają się przygotowania do wielkiej rebelii mającej na celu obalenie Ostatniego Imperatora lub przynajmniej jego osłabienia.
Kreacje bohaterów, to prawdziwy majstersztyk. Kelsier, przywódca buntowników,  jest bezlitosny i okrutny, nie tylko dla swoich wrogów, ale także dla innych skaa, których stawia w obliczu konsekwencji swoich czynów: mogą zostać zabici lub przyłączyć się do jego rebelii, której rzecz jasna także mogą nie przeżyć. Jednocześnie jest wspaniałym przywódcą, przyjacielem i niezwykle charyzmatyczną jednostką. Z kolei jego towarzysze, to prawdziwa zbieranina szalonych typów spod ciemnej gwiazdy, którzy jednak nie wahają się zaryzykować życia  w imię wielkiej sprawy. I jest jeszcze Vin: szesnastoletnia złodziejka, która pewnego dnia trafia w sam środek wydarzeń, mających zmienić historię Imperium. Pisarz z niezwykłym wyczuciem pokazuje przemianę -z zastraszonej dziewczynki,  przyzwyczajonej do wszechobecnego okrucieństwa- w pełnoprawnego i wartościowego członka ekipy dążącej do zabicia bóstwa.
 „Ostatni Imperator myśli, że zagarnął na własność całą radość i śmiech, nie mam ochoty mu na to pozwalać. To jedyna bitwa, której stoczenie nie wymaga wielkiego wysiłku.
Po raz kolejny autor stworzył całkowicie oryginalny świat, w którym odpowiednikiem magii jest allomancja: mistyczna moc oferowana jakoby arystokracji przez Imperatora, a polegająca na spalaniu metali przez organizm obdarzony taka umiejętnością. Żelazo, cyna, miedź itd. każdy z tych metali potrafi sprawić, że Allomanta może wpływać na ludzkie uczucia, władać ogromną siłą,  poruszać się z niesamowitą prędkością, a nawet latać.
Nie muszę chyba dodawać, że pojedynki toczone za pomocą allomancja są naprawdę spektakularne i sceny akcji czyta się wspaniale. Świetnie opracowana mechanika walk jest naprawdę przekonywująca, a jednocześnie niezwykle efektowna. Pojedynki między Utalentowanymi są emocjonujące i pełne niespodzianek.

Amerykańskie wersje są równie ładne, ale wydaje mi się, że Mag stworzył coś ciekawszego :)

„Nie jesteś szlachetnej krwi. Nie musisz grać według ich zasad… i to czyni cię jeszcze potężniejszą…”
„Z mgły zrodzony” zaczyna się, jako historia zemsty Kelsiera, kogoś, komu krwawy tyran odebrał wszystko:  żonę, zdrowie, wolność, omal nie odebrał zmysłów.  Z czasem całość staje się porachunkami z całym Imperium, systemem żerującym na niewolnikach i pozwalającym na nieludzkie traktowanie rasy uważanej za gorszą.
Zaskakujący finał rani serce czytelnika, który zdążył polubić bohaterów i wiernie trzymał kciuki za powodzenie ich planów, jest jednak logicznym następstwem wydarzeń, które Sanderson układa sprawnie, niczym puzzle.

„Zadanie było zabawne prawda? Kiedy będziecie mnie wspominać pamiętajcie i o tym. Pamiętajcie, żeby się uśmiechać.”