Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2015

"Terry Pratchett życie i praca z magią w tle", czyli jak nie pisać biografii.




Terry Pratchett życie i praca z magią w tle, to książka, która powstała jeszcze za życia brytyjskiego pisarza, w zamierzeniu  mająca być hołdem dla jego twórczości.  Niestety, nawet w   najmniejszym stopniu nie udało się spełnić tych założeń.
            Już sam wstęp lekko niepokoi, Craig Cabell w kilku zdaniach pisze, czym jego dzieło nie jest, odżegnując się od zamiaru stworzenia nieoficjalnej biografii, przewodnika po Świecie Dysku, czy też dogłębnej analizy dokonań literackich Pratchetta. Pozostaje zatem pytanie: czym w takim wypadku ma być „Życie i praca z magią w tle” ?
            Autor zdecydował się na metodę zestawiającą dzieła pisarza z ważnymi momentami w jego życiu, przy czym przez całą lekturę uderza nieco staroświeckie domaganie się uznania fantastyki za pełnoprawny gatunek literacki. Tego typu żądania mogły mieć rację bytu 10 lat temu, ale nie w momencie, gdy cały świat zaczytuje się fantastyką i tłumnie chodzi na nią do kina. Współczesny czytelnik już od dawna ceni ten gatunek literacki, także wydawcy od dłuższego czasu na niego stawiają.  
            Nie lepiej jest w wyciąganiem przez Cabella wniosków na podstawie prezentowanych przez siebie informacji. Przykładem jest stwierdzenie, że Pratchett miał w dzieciństwie skłonności do pyskowania, zatem naturalną koleją rzeczy został pisarzem…Swoją cegiełkę dołożyła także redakcja,  przepuszczająca powtarzające się argumenty, fakty oraz zdania wątpliwej urody, jak choćby: „Nie ma w nich kryteriów, które słabsze tytuły mają  nadmiarze”. Autor niestety  nie wyjaśnia, jakie to kryteria i o co mu w tym zdaniu w  ogóle chodzi. Dodatkowo, nawet w obrębie jednej strony znajdują się akapity nie połączone ze sobą, jak choćby dwie wzmianki o chorobie angielskiego pisarza, a potem następna o smokach.
            Kolejne strony okazują się być rozczarowaniem. Przejście od urodzenia do pierwszej pracy Pratchetta zajmują w książce dokładnie siedem stron… To „biografia”, jakich na półkach w księgarniach jest pełno: pobieżnie opisująca swojego bohatera, sięgająca do źródeł dostępnych każdemu i łącząca je w sposób nie wymagający od autora zbytniego wysiłku. Książka Cabella pozostawia ogromny niedosyt, prześlizguje się wręcz po życiorysie swojego bohatera, koncentrując się tylko na tym, co sam Cabell uważa za ważne.
            Rozkładanie na czynniki pierwsze Świata Dysku byłoby ciekawe, o ile zostałoby przeprowadzone konsekwentnie, a nie na podstawie osobistych preferencji dziennikarza, omijającego dużą część dorobki Pratchetta. Kolejne rozdziały nie stanowią spójnej całości, lecz raczej garść eseji na temat poszczególnych aspektów twórczości Pratchetta.
            „Terry Pratchett to jeden z najbardziej szanowanych pisarzy tworzących w Wielkiej Brytanii. Stoi w jednym szeregu z Tolkienem i Lewisem- a to chyba największy dowód jego doskonałości.”  W pełni zgadzam się z tymi słowami, uważając jednocześnie, że taki autor zasługuje na biografię z prawdziwego zdarzenia, miast zlepku artykułów i esejów połączonych na siłę  namiastką rysu biograficznego.


Recenzja dla portalu: dlaLejdis.pl

sobota, 29 czerwca 2013

Ingrid Bergman Prywatnie


Ingrid Bergman w swoim czasie była jedną z najsłynniejszych aktorek świata, podziwianą i kochaną, ale także wzbudzającą skrajne emocje z racji swoich wyborów życiowych. Aleksandra Ziółkowska-Boehm  przyznaje, że jej fascynacja szwedzką aktorką zaczęła się jeszcze w dzieciństwie, w latach późniejszych zaś została  umocniona faktem poślubienia kuzyna swojej idolki. Mąż pisarki, Norman Boehm, umożliwił jej dostęp do prywatnej korespondencji i zdjęć, które nie były nigdy przedtem publikowane, sprawiając, że książka „Ingrid Bergman prywatnie” dla wielbicieli aktorki mogła stać się nie lada rarytasem.
            Całość zbudowana jest na zasadzie przeplatania biografii aktorki jej prywatnymi listami i zapiskami skierowanymi do rodziny. Niestety, większość z nich to dosyć błahe i średnio interesujące kartki, czy też liściki pisane ewidentnie na kolanie i w pośpiechu. Z pewnością cenne jako pamiątka rodzinna, ale niezbyt znaczące w procesie poznawania życiorysu gwiazdy. Sama próba opowiedzenia życia Bergman także się nie powiodła- skrót  opublikowanych już biografii, czy też wspomnień aktorki, to zabieg wtórny z założenia i dosyć trudny do obronienia. Streszczenie życia gwiazdy filmowej jest dosyć pobieżne ze względu na niewielką objętość całości, którą tak naprawdę trudno obronić jako autorskie dzieło skoro w tak dużym stopniu oparta jest na źródłach pośrednich.

            W opisywanej przeze mnie książce bardzo dużo jest ogólników i powierzchownych opinii, które aż się proszą o pogłębienie i szersze potraktowanie tematu. Trudno określić do końca jaki był zamysł twórcy: na biografię książka jest zbyt niedopracowana, jako samodzielny hołd oddany aktorce nie nadaje się ze względu na równorzędnego bohatera, jakim jest mąż pisarki, pojawiający się co kilka stron, również na zdjęciach.
Zamiast intymnego i ciepłego portretu aktorki widzianej oczami najbliższych, otrzymujemy niestety garść frazesów i wtórnych informacji, które nie pogłębiają portretu gwiazdy mającej przecież bardzo dramatyczne życie. Zabrakło konsekwencji w wyborze drogi, jaką podążyła Aleksandra Ziółkowska-Boehm, przez co trudno określić czym tak naprawdę jest jej książka. Starannie i naprawdę ładnie wydana pozycja pozostawia w czytelniku spory niedosyt.


Recenzja dla portalu dleLejdis.pl

piątek, 8 marca 2013

Yoko i John


Chyba żadna z kobiet pretendujących do miana muzy swojego kochanka, nie była tak bardzo znienawidzona, jak Yoko Ono, którą oskarżano bądź o rozbicie najsłynniejszego zespołu na świecie, czy też o żerowanie na wizerunku męża oraz destrukcyjny wpływ na niego samego i jego muzykę. Jonathan Cott jest tym, który próbuje zmierzyć się z czarną legendą Yoko Ono, przedstawiając zarazem bardzo intymny wizerunek niezwykłego małżeństwa dwojga autonomicznych  artystów.
            Cott, to nie tylko dziennikarz zaprzyjaźniony z parą artystów od roku 1968 roku, ale także ten, który przeprowadził pierwszy wywiad z Lennonem, tuż po tym, jak poznał on Yoko; był również ostatnim reporterem rozmawiającym z muzykiem przed jego śmiercią.
W swojej książce autor opisuje związek, który przez wiele lat budził skrajne emocje, dwa lata zalotów i wzajemnego krążenia wokół siebie, a także kolejne lata małżeństwa, aż do śmierci eks Beatlesa.  Cytuje wielokrotnie powtarzane przez Lennona słowa, twierdzącego, że odnalazł  on w Yoko „przebranego siebie”. Dziennikarz stara się także udowodnić, że we wszystkim, co tworzył artysta widać zarówno pozytywny, jak i negatywny wpływ jego miłości do drugiej żony.
            Kameralna opowieść o chwilach spędzonych z Lennonem i Ono zawiera wywiady, biografię japońskiej artystki, a także drobiazgowo analizowane wspólne przedsięwzięcia  artystyczne obojga. Szczególnie cenne dla czytelnika są wskazówki, dzięki którym dekodować może performatywne dokonania Yoko Ono. Książka konfrontuje nas z krzywdzącymi i powierzchownymi opiniami o tym małżeństwie; oskarżenia o negatywny wpływ na Lennona zestawiane są z jego osiągnięciami z okresu związku z Yoko Ono. Cott pokazuje także wzajemne twórcze oddziaływanie i wspieranie się w dążeniach artystycznych pary. Życie obojga było nieustanną praca nad sobą i otoczeniem, jak to ujął Lennon: „Być parą artystów, to najtrudniejsza rzecz na świecie”. Dziennikarz nie ukrywa, że było w tym dużo rywalizacji i sporo zazdrości o wzajemne dokonania, ale także pomocy dla drugiej strony w jej artystycznych poszukiwaniach.
Słabością książki jest to, co paradoksalnie przesądza o jej sile oddziaływania: niezwykle emocjonalny stosunek autora do „przedmiotu” opisu. Cott nie kryje swojej sympatii i podziwu do Yoko Ono, zarówno, jako kobiety, jak i artystki. Miejscami bombastyczny i napuszony styl, jakimi opisuje dokonania wdowy po Lennonie niezupełnie oddają rzeczywistość. Konfrontacja zachwytów dziennikarza z surową oceną krytyki może zachwiać nieco wiarę w jego osąd, co nie zmienia faktu, że udało mu się stworzyć przejmujący, intymny portret niezwykłej pary, będący przy tym wiarygodną opowieścią o dwójce kochających się, nieco naiwnych i ekscentrycznych ludzi, przekonanych, że można zmieniać świat przy pomocy sztuki.
 
Recenzja napisana dla serwisu dlaLejdis.pl

środa, 27 lutego 2013

Sophia Loren.

Zdobywczyni niemalże wszystkich nagród filmowych (samego Oscara otrzymała dwukrotnie), aktorka świecąca nieprzerwanie swoim blaskiem od wielu lat, prezentująca swoje umiejętności w praktycznie wszystkich gatunkach filmowych, jednym słowem-gwiazda. Gwiazda, która zasługuje na zdecydowanie więcej, niż jest plotkarska biografia autorstwa Silvany Giacombini…
Autorka zdecydowała się na przedstawienie swojej bohaterki , jako kobiety z krwi i kości, jednakże środki, jakie do tego celu zaczerpnęła okazują się niewystarczająca, ale także sprawiające zaczerpniętych z prasy brukowej i portali plotkarskich. Nie mamy zatem do czynienia z rzetelną rekonstrukcją biografii, lecz wyliczaniem kolejnych romansów aktorki, dramatycznych wydarzeń i wszystkiego tego, czego zażyczyłby sobie mniej wymagający czytelnik. Kariera zawodowa Sophii Loren schodzi zdecydowanie na drugi plan, filmy pojawiają się tylko w kontekście kolejnych partnerów ( praktycznie utożsamianych przez autorkę z kochankami gwiazdy) oraz pogłosek z planu. Giacombini nie rekonstruuje ról aktorki, tylko odtwarza plotki, jakie powstawały na planie i szeroko rozwodzi się nad najbłahszymi nawet wydarzeniami, o ile są one wystarczająco „soczyste”. Powstaje pytanie: dlaczego autorka zdecydowała się na stworzenie biografii Loren, skoro najwyraźniej najbardziej interesują ją skandale hollywoodzkiego światka?
Dramatyczne życie gwiazdy filmowej, ubogie dzieciństwo i walka o utrzymanie rodziny, kolejne etapy kariery: od małomiasteczkowej piękności, do zdobywczyni Oskara, romantyczna walka o miłość jednego mężczyzny, starania o rodzinę- to wszystko zdaje się nie wystarczać autorce, skwapliwie wplatającej w swoją narrację pogłoski, prywatne zapiski aktorki i elementy biografii innych gwiazd kina. Dziwią niewykorzystane możliwości obfitującego w dramatyczne wydarzenia życia Sophie Loren. Za dużo jest tutaj niepotwierdzonych informacji oraz dygresji, zbyt często autorka zbacza z głównego tematu w pogoni za jakimś sensacyjnym wątkiem, nie mającym tak naprawdę zbyt wiele wspólnego z życiem aktorki. Paradoksalnie ten sposób tworzenia książki, powoduje, że główna bohaterka staje się dla autorki najmniej interesująca postacią. Kuriozalne są strony na których występuje Audrey Hepburn, przywołana tylko dlatego, że tak jak Sophia Loren wychowywała się bez ojca- ale czy to jest powód, do poświęcenia jej sporej części biografii samej Loren?
 Niefortunnym zabiegiem okazało się także sfabularyzowanie całości. Styl prezentowany przez Giacombini nie powala na kolana, zbyt dużo jest tutaj egzaltacji, taniej retoryki i sięgania po efekty z podrzędnej literatury. Słabą stroną są także dialogi i pojawiające się co jakiś czas błędy stylistyczne. Cierpliwy czytelnik wyłuska interesujące go informacje o życiu włoskiej gwiazdy, w mozolnym procesie oddzielania faktów od plotek, pogłosek i taniej sensacji, nie jest to zatem pozycja bezwartościowa, ale Sophia Loren zdecydowanie zasługuje na rzetelniejsze opracowanie swojego dorobku artystycznego.



 Recenzja napisana dla portalu dlaLejdis.pl

sobota, 12 stycznia 2013

Prawdziwa królowa.

Tegoroczny, diamentowy już, jubileusz Elżbiety II siłą rzeczy zaowocował prawdziwym wysypem przeróżnych biografii, artykułów i opracowań na temat szacownej jubilatki. Z wielu takich pozycji, przeważnie błahych, plotkarskich i koncentrujących się na skandalach, wyróżnia się znacząco książka dziennikarza politycznego, Andrew Marr'a. Autor "Prawdziwej królowej" jest znanym szkockim dziennikarzem, który swoją trzydziestoletnią już karierę rozpoczynał od relacji z parlamentu, by potem samodzielnie kierować kolumnami takich gazet, jak "The Economist" oraz "The Independent". Następnie przeszedł do BBC, gdzie wsławił się licznymi wywiadami ze znakomitościami politycznej sceny oraz wyprodukował kilka seriali dokumentalnych, wśród których był także materiał: „Diamentowa królowa". Jak widać, Marr jest dobrze przygotowany do tego, by zaprezentować czytelnikom biografię najdłużej panującej angielskiej królowej. W swojej, bardzo rzetelnie opracowanej, książce dziennikarz koncentruje się nie tylko na opisaniu samej królowej, ale stara się także ukazać genezę jej panowania, konteksty wszystkich historycznych wydarzeń, czy też naszkicować wizerunki osób blisko związanych z królową. Pokazuje także dobitnie, jak życie ciągle na świeczniku wpłynęło na Elżbietę i jej rodzinę, starając się zaprezentować wszelkie możliwe interpretacje ich zachowań i czynów. Naszpikowana faktami, datami i postaciami książka staje się ciekawym i dosyć nowym spojrzeniem na postać monarchini, utożsamianej przez wielu z konserwatyzmem, chłodem uczuciowym i śmiesznymi kapeluszami. Dziennikarz wielokrotnie pokazuje, że oschły i miejscami nieludzki wizerunek, jaki przez lata prezentowała całemu światu Elżbieta II, jest starannie wypracowaną pozą, mającą na celu ułatwienie wykonywania jej obowiązków, a nie prawdziwą twarzą królowej. Marr obala wiele potocznych mitów, jakie powstały przez te wszystkie lata: na temat oschłości i bierności w kontaktach z rodziną. „Od królowej wymaga się, by swoją osobowość ukrywała”. Pokazane, niezwykle szczegółowo, jest całe panowanie monarchini: od momentu objęcia tronu do niedawnej rocznicy. Z całości wyłania się obraz niezwykle silnej kobiety, niezależnej i przekonanej o wartości swoich poglądów, precyzyjnie wypełniającej swoją misję służenia narodowi. Szeroko omawiane jest także najbliższe otoczenie oraz liczni współpracownicy, którzy stali u jej boku przez te wszystkie lata. Całość jest lekką i łatwo przyswajalną lekcją historii, dosyć skrótową i miejscami uproszczoną, ale spełniającą swoje zadanie. Anegdotyczny styl dziennikarza i jego lekkie pióro czynią lekturę tej biografii przyjemną. Nie każdego może przekonać uładzony obraz Elżbiety II, jaki wyłania się z książki. Można by się także doskonale obyć bez licznych dygresji, do jakich ma tendencję autor, ale są to tylko drobne niedoskonałości, które w niczym nie przeszkadzają. „Tak dobrze wykonuje swoją pracę, że stała się częścią naturalnego porządku rzeczy (…)Oczywiście pewnego dnia jej zabraknie. A kiedy nadejdzie ten dzień, w środku brytyjskiego życia powstanie wyrwa iście królewskiej wielkości.”


Recenzja napisana dla portalu dleLejdis.pl

piątek, 12 października 2012

Warta tronu?

„Nigdy nie szukałam sobie miejsca w historii, teraz jednak miałam je zapewnione-ohydne miejsce wyrąbane przez ślepe uprzedzenia”- te gorzkie słowa są autorstwa Wallis Simpson, kobiety dla której Edward VIII zrezygnował z tronu, jednej z głównych postaci jednego z największych skandali obyczajowych XX wieku.
Gdy patrzymy na jej zdjęcia: „ (…) trudno wyobrazić ją sobie jako bohaterkę jednej z największej historii miłosnych wszechczasów”. Przeciętnej urody i inteligencji, dwukrotnie rozwiedziona Amerykanka potrafiła jednak owinąć wokół jednego palca następcę tronu i stać się przyczyną jego abdykacji, gdy okazało się, że królewska rodzina i naród nie są w stanie zaakceptować tego mariażu. Anne Sebba dokonuje mozolnej rekonstrukcji wydarzeń, które niegdyś mocno wstrząsnęły Anglią, starając się przybliżyć czytelnikowi ten niecodzienny związek. Siłą książki nie jest styl, gdyż miejscami jest to biografia mocno bez polotu, lecz rzetelna próba przedstawienie wersji każdej ze stron i bogata dokumentacja, zawierająca głównie listy samej Wallis. Autorka nie staje po żadnej ze stron, nie oszczędzając zarówno swojej bohaterki, jej ukochanego, jak i rodziny królewskiej. Pokazuje, że oskarżenia o czary, czy też zahipnotyzowanie księcia są absurdalne, lecz sama księżna nie jest postacią, którą można polubić. Z przedstawionych dokumentów wyłania się obraz dziwnej pary, w której jedna strona dba tylko o pieniądze i splendor, a druga jest niemalże ogarnięta obsesją na punkcie swojej wybranki. Wyrachowana i miejscami cyniczna Wallis jest przedstawiona, jako kobieta, która nie przewidziała skutków swojego kolejnego romansu, zamiast kolejnego trofeum zdobywając ślepo zakochanego mężczyznę i nienawiść całego narodu. Nie lepiej przedstawia się sam Edward, prezentujący całą gamę zachowań jasno wskazujących na lekką chorobę psychiczną; słaby mężczyzna poszukujący za wszelką cenę akceptacji. Całość to fascynująca lektura, nie tyle wyjaśniająca fenomen tego związku, ale podkreślająca jego złożony charakter, rzucająca trochę światła na postać „tej kobiety".

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Pan z kabaretu


Edward Dziewoński wielu osobom kojarzy się wyłącznie z kabaretem „Dudek”, bądź też , co jest o wiele gorsze, z jednym zaledwie skeczem…A przecież była to postać niebywale barwna: wspaniały konferansjer, doskonały aktor, nie tylko komediowy, ale także dramatyczny. Dyrektor teatru „Kwadrat”, reżyser, pedagog, organizator wielkich przedsięwzięć. Po prostu Dudek…
Syn i wnuk aktora dokonali selekcji materiału gromadzonego przez samego Dziewońskiego i tak powstała książka „Dożylnie o Dudku”, zawierająca bardzo bogaty materiał faktograficzny: nie tylko zdjęcia ale także wstęp konferansjerski z pierwszego programu kabaretu Dudek, a nawet scenariusz będący kontynuacją przygód Dzidziusia Górkiewicza.
Każdy rozdział, to wspomnienia jednej osoby: przyjaciela, kolegi- aktora, bądź kogoś z rodziny. Lista, tych którzy wspominają/wypominają jest zgoła imponująca: Irena Kwiatkowska, Ewa Wiśniewska, Gabriela Kownacka, Danuta Szaflarska, Wojciech Młynarski, Tadeusz Konwicki, Janusz Gajos, Alina Janowska i wielu innych…Z ich opowieści wyłania się portret dosyć specyficznego człowieka: doskonałego showmana, mężczyzny z ogromnym poczuciem humoru i doskonałym wyczuciem estrady. Kapitalnego kolegi i wiernego przyjaciela, wyrozumiałego dyrektora i mądrego reżysera. A przecież jednocześnie Dudek był znanym blagierem, konfabulantem ponad potęgę. Miewał także, jak to określił Tadeusz Konwicki: „dość intensywną ciekawość do pań". I rzeczywiście, lista podbojów miłosnych Dziewońskiego może imponować.
Słabością wielu biografii pisanych przez najbliższych, jest fakt, że za wszelką cenę unika się w nich trudnych tematów, że każdy stara się przede wszystkim mówić dobrze, trwając w przekonaniu, że o zmarłych nie można mówić inaczej. Biografia Dziewońskiego nie jest także wolna od tych mankamentów: większość pytanych, wyraża się o Dudku w samych superlatywach, co po kolejnych stronach staje się nużące. Co gorsza, część tych wspominek, to te same anegdoty, powtarzane przez różne osoby. Na szczęście znaleźli się i tacy, którzy wyłamali się z grona apologetów, przekazując informacje, podając pewne tropy, które mącą nieco wyidealizowany wizerunek bohatera książki. Wojciech Młynarski, wspominając współpracę z Dziewońskim, wiele mówi o tym ile mu zawdzięcza, ale także zdobywa się na pewną smutną refleksję: "Dudka trzeba było po prostu brać takim, jakim był. Dodam tylko, że najbliżsi płacili tego cenę... I tu poproszę o kropkę". Z kolei Alina Janowska prosto z mostu mówi o nadmiernej kochliwości pana Edwarda i tym, że skrzywdził przez nią wiele kobiet.
Nie da się ukryć, że powtarzalność opowiadanych historii oraz zanadto pochlebny ton tychże, są pewnym mankamentem tej książki.
Ale za to ileż w niej pozytywów! Wspomnienia, anegdotki, dykteryjki składają się na niezwykle barwny i wyrazisty obraz pewnej epoki, pewnego pokolenia ludzi, którzy w paskudnych czasach potrafili się dobrze bawić i oferować trochę tej radości innym. To nie tylko portret jednego aktora. To także liczne opowieści o tworzeniu teatru bezpośrednio po wojnie, oraz w czasach komuny. O walce z cenzurą, o trudnych początkach Teatru Telewizji, o odchodzącej już epoce ludzi, którzy umieli rozśmieszać bez uciekania się do prymitywnych żartów i jednoznacznych skojarzeń. Niewątpliwie ten aspekt biografii Dziewońskiego jest dla mnie najcenniejszy, nie jako bezpośrednia opowieść o jednym człowieku, ale jako dokument o czasach, które niestety się skończyły. Czasach kabaretu wymagającego od widza nieco wysiłku, tworzonego przez ludzi inteligentnych, ludzi, którzy: „wiedzieli gdzie trzeba przykręcić, co trzeba poruszyć, żeby ten mechanizm artystyczny funkcjonował". Właśnie: mechanizm artystyczny…

poniedziałek, 14 czerwca 2010

"Ach, jak nam było wesoło"





„Pippi Pończoszanka”, będzie dla mnie zawsze książką przywołującą zapach truskawek, świeżo skoszonej trawy i rozgrzanego słońcem papieru.
Opowieść o rudowłosej dziewczynce dostałam na koniec roku szkolnego, zaczęłam ją czytać na wakacjach u babci. Pochłonęłam jednym tchem (tak samo, jak kilogramy owoców). Potem był czas „Dzieci z Bullerbyn”, przepięknych „Braci Lwie Serce”, niesfornego „Emila”.
Nawet teraz, jako „starsza pani” czasami wracam do książek Astrid Lindgren, za każdym razem chyląc czoła ku jej niesamowitej wrażliwości i ogromnemu poczuciu humoru.
Ostatnio zaczytywałam się malutką książeczką „Od Astrid do Lindgren” i postanowiłam odświeżyć znajomość jednej z piękniejszych biografii, jakie zdarzyło mi się czytać.

Margareta Stromstedt uczciła swoją bohaterką biografią ciepłą, mądrą i wnikliwą. Bogato ilustrowaną cytatami z książek Lindgren, ale także z faktami historycznymi, socjologicznymi. Ciekawie potraktowany jest tutaj zwłaszcza wątek feministyczny, dosyć mocno zaznaczony w kilku rozdziałach. Nietrudno przecież dostrzec, że jej bohaterki całkowicie przekraczają ograniczenia tradycyjnie przypisywane płci niewieściej. Madika, Ronja, Pippi- wszystkie wspinaj się na drzewa, skaczą po dachach i siłują się na rękę. Bohaterki takie, jak grzeczna i słodka Lisa zdecydowanie stanowią mniejszość wśród postaci dziewczęcych wykreowanych przez pisarkę.

Z biografii wyłania się portret silnej, niezależnej kobiety, która w latach 30 XX wieku potrafiła nie ugiąć się pod ciężarem samotnego macierzyństwa, samotnie stawiając czoła trudnościom z nim związanym. Wielkiej apologetki dzieciństwa, z wszystkimi jej cieniami i blaskami. Każdorazowa lektura powieści Lindgren, to zanurzenie się w magiczną krainę dzieciństwa, wspomnienia wspólnych zabaw i poczucia bezpieczeństwa.







„Istnieją dorośli, którzy nigdy nie zerwali z własnym dzieciństwem lub tez z samymi sobą, jako dzieckiem. Dla nich dzieciństwo jest nadal zmysłową i konkretną teraźniejszością (…)Niekiedy można spostrzec owych pogodnych ludzi, którzy nigdy nie zerwali łączności ze światem dzieciństwa (…)To dziecko, którym kiedyś byli jest nieustannie obecne: w szczerym spojrzeniu, w łamiących konwencje wyborach, w śmiechu”.

Najlepsi autorzy książek dla dzieci, to tacy, którzy nigdy nie utracili tej wrażliwości.

poniedziałek, 10 maja 2010

Smutna pani


Pierwsza biografka Billie Holiday popełniła samobójstwo, pozostawiając po sobie ogromny i nieuporządkowany materiał faktograficzny: relacje przyjaciół, wywiady z ludźmi znającymi artystkę nawet tylko przelotnie, wycinki prasowe, dokumentację szpitalną i sądową. Julia Blackburn wykorzystała to archiwum, jako punkt wyjścia do stworzenia własnej opowieści o wielkiej piosenkarce.
Z relacji przyjaciół, muzyków, sąsiadów, policjantów nie wyłania się jeden spójny obraz piosenkarki- autorka biografii pozwala każdemu ze świadków przemówić, z osobna. Te wszystkie głosy ukazują wiele twarzy piosenkarki, jak gdyby nie było jednej Billie Holiday, lecz kubistyczna, różnorodna postać, mieniąca się wieloma odcieniami. Każdy może złożyć własną wersję losów artystki- zdecydować samemu, czy chce ją zapamiętać, jako nieszczęśliwą samotną kobietę o wielkim sercu. A może ordynarną, wiecznie przeklinającą pijaczkę i narkomankę? Lub spróbować scalić te dwa wizerunki w jeden.
Biografka po kolei oddaje głos ludziom, przez których życie przewinęła się piosenkarka- z taką samą uwagą wysłuchując kolegi z dzieciństwa, burdel- mamy, czy też drugiego męża Billie.
Relacji jest dużo, niektóre sprzeczne ze sobą, niektóre jednomyślne w pewnych kwestiach.
Z wszystkich jednak wyłania się przerażający obraz samotnej kobiety, która nie potrafiła dać sobie rady ze swoim talentem, ze swoim życiem…
Uzależniona od alkoholu, narkotyków i nieodpowiednich mężczyzn; bita, upokarzana i wyzyskiwana przez wielu „przyjaciół”. Wychowywana wśród prostytutek i ich alfonsów, znała tylko ten jeden model relacji kobieta- mężczyzna, i tylko na takiej zasadzie koegzystowała ze swoimi kolejnymi „partnerami”. Naiwna jak dziecko i jak dziecko bezradna w wielu kwestiach życiowych, była jednocześnie w pełni świadomą bojowniczką o prawa czarnoskórych.
„Umiała tylko śpiewać. Jedynie to ją naprawdę uszczęśliwiało.” Niezwykle muzykalna, kochała operę, co dziwiło tych, którzy uważali ją za niewychowaną prostaczkę. Otoczona ludźmi nagminnie ją wykorzystującymi: „Każdy czegoś od niej chciał. Ściągała to na siebie”. Wiecznie w tarapatach finansowych, mimo, że jej płyty wspaniale się sprzedawały: ciągle okradana i naciągana na „pożyczki”.
Billie Holiday przeszła długą i trudną drogę: od dziewczyny prostytuującej się za kilka dolarów- do artystki w niebieskim futrze za kilkanaście „kawałków”. Jej przemiana została szczegółowo opisana przez biografkę, która także nie poskąpiła czytelnikowi szerokiej panoramy społecznej ówczesnej Ameryki: rasistowskiej i z pogardą traktującej śpiewające czarne kobiety. Znajdziemy tu, nie tylko opis Harlemu w latach trzydziestych, ale także rozdział o pracy agentów do spraw narkotyków, którzy z upodobaniem nękali piosenkarkę.
Te szczegóły mają niewątpliwie walor dokumentalny i przybliżają czytelnikowi realia epoki.
Szkoda tylko, że konstrukcja całej książki staje się po jakimś czasie nużąca- każdy rozdział jest szczegółową relacją jednego z rozmówców Blackburn, po jakimś czasie natłok informacji powoduje, że przestajemy ich od siebie odróżniać.
Autorka rzadko też starała się bardziej szczegółowym śledztwem, doprowadzić do weryfikacji pewnych faktów, ograniczając się w zamian jedynie do ich przytoczenia. Przez co otrzymaliśmy, ciekawy wprawdzie, ale dosyć niejednorodny kolaż wielu otwartych kwestii i pytań bez odpowiedzi. Braki mi też było jakiejś szerszej analizy fenomenu twórczości Billie Holiday, to wszystko jednak nie kładzie się zbytnim cieniem na całości książki, która jest niewątpliwie udaną próbą ukazania trudnego życia „Pierwszej Damy jazzu”.

piątek, 2 kwietnia 2010

A teraz z zupełnie innej beczki-"Dziedzictwo popiołów"

Książka Winera, to pierwsza, tak rzetelna, historia CIA oparta całkowicie na relacjach z pierwszej ręki i licznych materiałach źródłowych.
Tim Weiner jest asem dziennikarstwa amerykańskiego: jako śledczy „New York Timesa” otrzymał w 1988 nagrodę Pulitzera za artykuły dotyczące bezpieczeństwa narodowego.
Z kolei za „Dziedzictwo popiołów” wyróżniono go National Book Award.
Ogrom pracy włożony w zbudowanie kompetentnego opracowania historii CIA robi wrażenie: lektura 50 tyś. archiwalnych dokumentów, dwóch tysięcy wypowiedzi pracowników wywiadu, żołnierzy i dyplomatów oraz trzysta wywiadów przeprowadzonych
z funkcjonariuszami CIA (byłymi i aktualnie pracującymi dla agencji), a także dziesięcioma szefami agencji.
„Dziedzictwo popiołów” ukazuje kompletny i przerażający obraz agencji wywiadowczej, która: „ (…) narodziła się niepełnosprawna. Niestety taka też pozostała”.
Rozłożone na czynniki pierwsze CIA nie prezentuje się okazale: naszym oczom ukazuje się biurokratyczna machina, dysponująca ogromnymi środkami, zżerana przez chore ambicje swoich szefów i niekompetencję pracowników.
Weiner pokazał, jak CIA funkcjonowało za kadencji jedenastu prezydentów – od Trumana aż do George’a W. Busha. Czytamy zatem o powstaniu CIA w latach czterdziestych, o okresie zimnej wojny i upadku komunizmu, aż do tragicznego jedenastego września.
Przez większość z tego czasu naczelną zasadą agencji nie było wcale informowanie amerykańskich obywateli o zagrożeniach, jakie im groziły, lecz wywieranie wpływu na prezydenta: „(…) szybko okazało się, że niebezpiecznie jest mówić mu to, czego nie chce usłyszeć. Analitycy CIA nauczyli się nie wychylać i dostosowywać do panujących poglądów. Niewłaściwie interpretowali zamiary i możliwości naszych wrogów, źle szacowali siłę komunizmu i nie potrafili ocenić zagrożenia terrorystycznego.”
Autor pokazuje, jak wiele operacji kończyło się niepowodzeniem i jak wiele agentów CIA poniosło z tego powodu śmierć. Zresztą sam „dorobek” z ostatnich lat wystarczy, by podejrzliwie zastanawiać się: co u licha tak naprawdę robili i robią agenci CIA? Agencji nie udało się zapobiec atakom na WTC i Pentagon, mimo iż były podstawy, by takowe podejrzewać. „Udowodniono” też produkcję broni nuklearnej przez Irak, co zakończyło się zbrojną interwencją, w trakcie której z kolei CIA wykazywało się niekompetencją.
Wcześniej też nie było lepiej: nigdy nie udało się agencji wprowadzić swojej wtyczki na Kreml, podczas gdy Rosja swobodnie infiltrowała szeregi amerykańskiego wywiadu. Do tego doliczyć trzeba także powstawanie tajnych więzień ( w rodzaju tego z Guantanamo) już
w latach 50; współpracę z byłymi nazistami, bądź mafią („ USA były gotowe współpracować z każdym sukinsynem” ) i ocenienie Fidela Castro, jako „nowego duchowego przywódcę latynoamerykańskich sił demokratycznych i antydyktatorskich”. Większość akcji przypominała błądzenie po omacku, a jedyna prawdziwą skuteczną bronią agencji były pieniądze, nie jej agenci. Nic dziwnego, skoro większość z nich podpisywała się pod następującym wyznaniem: „Wielu z nas (…) nie czuło potrzeby, by w działaniach które podejmowaliśmy przestrzegać wszystkich zasad etycznych.”
Czytelnik pozostawiony zostaje z niewesołą konkluzją autora, iż „(…) nasze państwo nie utrzyma się długo jako mocarstwo, jeśli nie zyska oczu, które będą śledziły wydarzenia na całym świecie”.