wtorek, 11 lipca 2017

Podróż ku odrodzeniu.


Zmęczony starzec przemierza zrujnowaną Ziemię, wypatrując zagrożenia z kosmosu- tak rozpoczyna się opowieść o ludzkiej pysze, tak wielkiej, że sprowadzającej na Ziemian zagładę.
Na długo przed wydarzeniami ze „Skrzydeł nocy”, ludzie osiągnęli status niemalże boski, dzięki rozwojowi techniki nie było dla nich rzeczy niemożliwych: modyfikacje genetyczne, podróże międzygwiezdne i zabawy klimatem, to wszystko stało się jednak początkiem klęski ludzkości. Wyprawy na inne planety szybko przerodziły się w polowanie na inne gatunki, zwożone na Ziemię i zamykane w obozach, ku uciesze oglądających te obrzydliwe zoo. W końcu jednak Ziemianie trafili na gatunek, który obiecał im zemstę…
Bezduszne wyprawy po obiekty do zoo, to jedno. Próby zmian klimatu doprowadziły do nieodwracalnych zniszczeń na Ziemi i zakończyły złotą erę panowania dumnych ludzi, zamieszkujących teraz zrujnowaną planetę, pełną szczątków dawnej świetności, oczekujących na nieuniknioną inwazję, zapowiedzianą tak dawno temu.
Główny bohater należy do gildii Strażników, badających kilka razy dziennie przestrzeń kosmiczną, w poszukiwaniu śladów obcych. Pewnego dnia nieuniknione nadchodzi i Ziemię przejmują obcy. Ta inwazja oznacza dla strażnika koniec jego służby, jego dotychczasowego życia poświęconego czuwaniu. To także początek jego podróży po zdewastowanej  planecie, wędrówki mającej na celu poznanie jej przeszłości i przyszłości.  
Starzec obserwuje wydarzenia rozgrywające się wokół niego i stara się zachować dystans, zrozumieć zachodzące zjawiska i doszukać się sposobów na odkupienie ogromnych win swojego gatunku. Taki bohater jest wymarzonym przewodnikiem po niesamowitym świecie stworzonym przez autora: wyniszczonym, pełnym podziałów i uprzedzeń, zaśmieconym resztkami śladów świetności. Silverberg nie tworzy wielostronicowych opisów, by przekazać nam swoją wizję, lecz przy pomocy kilku zdań tworzy opisy wyniszczonej planety, nowoczesnych sprzętów, czy też zamieszkujących Ziemię gildii.
Akcja toczy się powoli: bez wybuchów, wielu strzelanin i skomplikowanych opisów statków kosmicznych. To historia, w której podbicie naszej planety zajmuje jedną noc, więc jej siłą nie jest dynamika opisów, czy też pędząca na łeb i szyję narracja. To raczej rodzaj poetyckiej przypowieści, w której każdą sceną  można wielorako interpretować.
„Skrzydła nocy” są wciągającą historią odkupienia, zadającą wiele pytań na temat ciągłości powołania, odpowiedzialności za winy przodków, pracy nad samym sobą, czy też  tolerancji, jako początku drogi ku doskonałości.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Kiedy nie masz szans na wygraną, zmień zasady gry.


            „Szóstka wron” zakończyła się dosyć mocnym akcentem: spektakularnym wystawieniem do wiatru Kaza i jego ekipy. „Królestwo kanciarzy” ma zatem niewesoły, z punktu widzenia naszych bohaterów, punkt wyjścia: rozpaczliwą walkę o przetrwanie w świecie pogrążającym się szybko w chaosie.
            Misternie budowany plan, nie zliczymy który to już z rzędu, ma tym razem doprowadzić do  odbicia Inej z rąk porywacza, stojącego również na klęską Wron.  Grupa wyrzutków, połączona w poprzednim tomie wspólnym celem i powoli stająca się dla siebie namiastką rodziny, staje przed wyzwaniem, mogącym mocno nadwyrężyć powstałe niedawno więzi.
Pokiereszowani przez los bohaterowie, łatwo poddają się zwątpieniu i mają coraz mniej siły, by walczyć z coraz potężniejszym przeciwnikiem, a także piętrzącymi się wprost lawinowo przeciwnościami. Szybko oczywiście okaże się, że odbicie Zjawy, to dopiero początek „atrakcji”, jakie szykowane są dla naszej bandy.
„Królestwo kanciarzy” oferuje czytelnikowi wszystko to, co sprawdziło się doskonale w pierwszej części: wartką i sensownie poprowadzoną akcję, ciekawych bohaterów, interesująco wykreowany świat, a także ten specyficzny urok powieści łotrzykowskich, sprawiający, że trzymamy kciuki za najbardziej nawet nieprawdopodobne plany grupki rzezimieszków.
Któż nie lubi czytać o szczwanych przestępcach, obdarzonych wielkim urokiem osobistym i nie mniej wielką charyzmą, stających w szranki z równie sprytnym geniuszem zła, dysponującym ogromnymi środkami, by zniszczyć naszych bohaterów?
Kaz Brekker i jego ekipa działają wedle zasady: „Kiedy nie masz szans na wygraną, zmień zasady gry.”, co staje się gwarancją wielopoziomowych intryg i nagłych zwrotów akcji, niekiedy bardzo zaskakujących.
            Autorka wyciągnęła najwyraźniej lekcję z uwag do poprzedniej części i tym razem obyło się bez wielokrotnego podkreślania młodego wieku protagonistów, przycięto także wątek romantyczny jednej z par, na rzecz poszerzenia interakcji między dwoma pozostałymi. Przygody jakie stają się udziałem Wron nadal są z tych mało prawdopodobnych, ale dałam się porwać opowieści i dawałam wiarę nawet najbardziej nieprawdopodobnym wyczynom Brekkera i jego ekipy.  Przy tym jednak Bardugo nie oszczędza swoich bohaterów, każąc im co chwilę stawiać czoła przeciwnościom losu. Nie wszyscy wyjdą z tych potyczek cało…
            Słodko-gorzkie zakończenie idealnie pasuje do niejednoznacznego świata, w którym rządzi przemoc i pieniądze, za błędy płaci się najwyższą cenę, lecz w którym jednocześnie jest miejsce na prawdziwą przyjaźń i poświęcenie dla członka ekipy. 

wtorek, 2 maja 2017

Loki i Thor w jednym stali domu…


Książki Gaimana biorę w ciemno, niezależnie od tematyki i klasyfikacji wiekowej. To jeden z tych pisarzy, który mógłby pisać instrukcję sadzenia drzewek, a i tak wylądowałaby ona na moim stoliku nocnym. Ogromny kredyt zaufania Gaiman otrzymał ode mnie po „Nigdzie bądź” i na razie nigdy go nie nadużył. Nawet słabsze książki tego autora, to coś czego nie trzeba wstydliwie chować w drugim rzędzie na półce.
Powiedzmy sobie jednak od razu: „Mitologia nordycka” nie jest najwybitniejszym dziełem brytyjskiego pisarza, który swoje umiłowanie mitów i baśni, pokazał już niejednokrotnie w dużo lepszy sposób, choćby w „Amerykańskich bogach”.
We wstępie Gaiman wyznaje, że nordycka mitologia jest jego ulubioną i to już od czasów dzieciństwa: „Mity nordyckie to mity mroźnych krajów, niemiłosiernie długich zimowych nocy i niekończących się letnich dni. Mity ludy, który nie do końca ufał swoim bogom, a nawet ich nie lubił, choć żywił do nich szacunek i lęk.”
Nic dziwnego, że po latach wplatania wątków mitologicznych do powieści, opowiadań, czy też wierszy, pisarz zdecydował się na opowiedzenie mitologii nordyckiej po swojemu. Jak sam zaznacza, starał się do zrobić z szacunkiem i miłością do oryginału, ale tak, by przenieść go do współczesności i dzięki temu pozyskać dlań nowych odbiorców. Zatem jak wypada retelling tych historii w ujęciu Gaimanowskim? Czy pisarzowi udało się być zarówno wiernym pierwowzorowi, jak i przenieść te historie do XXI wieku?
Większość opowiadanych historii koncentruje się wokół Odyna, Thora i Lokiego, trójkąt ten dostarcza materiału do opowieści aż nadto. Mity z ich udziałem mają różny ciężar: od ponurych i mrocznych, przez nieco weselsze, aż do takich, które trudno nazwać inaczej, jak komedią slapstickową w mitologicznych szatach. Część z tych opowieści zawłaszczyła popkultura i są nam doskonale znane, część Gaiman opowiedział mi po raz pierwszy.
Prowadzeni od powstania wszechświata aż po Ragnarök, przyglądamy się swarliwym bogom, ich spiskom i gierkom, lecz wszystko to pokazane jest nam w tradycyjny sposób, dosyć daleki od stylu, do jakiego przyzwyczaił nas autor „Koraliny”. Podczas lektury miałam z tyłu głowy skojarzenia z Parandowskim i jego mitologią znaną każdemu uczniowi.
Do pełni czytelniczego szczęścia zatem trochę zabrakło, brakowało mi humoru i błyskotliwych dialogów, ale rozumiem, że twórca  ograniczony był materiałem wyjściowym, a także własnym założeniem podejścia z pełnym szacunkiem, co w tym przypadku oznacza minimum zmian i doprawiania „po swojemu”.
Warto przeczytać, bo jednak mitologia nordycka, to nie jest coś, co wykłada się nam w szkole, a kilka sezonów „Wikingów” też nie uczyni z nas specjalistów w tej dziedzinie. Pisarzowi należą się także brawa za lekkie odkurzenie kobiecych sylwetek i nadanie nordyckim boginiom pewnego rysu drapieżności. Wiernym fanom zaś pozostaje czekać na „Amerykańskich bogów 2”, by w pełni rozkoszować się niepowtarzalnym talentem Gaimana do opowiadania nam baśni. 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Na progu do koszmaru


Polifoniczna narracja, synkretyzm gatunkowy w obrębie jednej książki i wątek podróżowania w czasie, wychodzący poza czytaną aktualnie przez Was pozycję- to znaki firmowe Mitchella. „Slade House” na tle innych powieści autora wyróżnia niewielka objętość, ale od razu uspokajam, że autor zdążył na tym niewielkim poletku zaprezentować całokształt swoich możliwości.
Historia tajemniczego domu i jego niezwykłych mieszkańców rozpoczyna się w 1979 roku, kiedy to autystyczny chłopiec, Nathaniel, zostaje wręcz zaciągnięty przez matkę na wieczorek muzyczny organizowany przez niejaką lady Grayer. Urocza pani domu i jej brat zamieszkują tytułowy Slade House, który już po paru chwilach zdradza swoje niepokojące oblicze. Zabawa z rówieśnikiem zmienia się w wypełniony majakami koszmar, a cała wizyta kończy się w dosyć nieoczekiwany sposób, my zaś przeskakujemy do roku 1988, gdzie świeżo rozwiedziony policjant zapija swoje smutki.
Gordon jest nie tylko seksistowskie macho i brutalem przekonanym o swojej nieomylności, jest także kolejnym gościem dobrze nam znanego już domostwa. Jego śledztwo prowadzi go wprost w ramiona pięknej właścicielki posiadłości. Kolejna lokalizacja w która trafia pyszałek, jest zdecydowanie mniej przyjemna…
Naszym następnym narratorem jest pulchna Sally, studentka z 1997 roku, chorobliwie nieśmiała i interesująca się zjawiskami nadprzyrodzonymi. Zainteresowania dziewczyny prowadzą ją najpierw do członkostwa w klubie badającym niecodzienne zjawiska, a co za tym idzie –nieuchronnie pod drzwi „uroczego” domu.
Jako ostatnia, w 2006 roku,  głos zabiera siostra Sally. Freya jest dziennikarką zmagającą się z poczuciem winy. Lekceważąca niegdyś młodszą siostrę i prowadząca własne życie z dala od zakompleksionej Sally, Freya zostaje wkrótce skonfrontowana z tajemnicą domostwa.


Jak zwykle Mitchell prowadzi w sposób niemalże mistrzowski narrację, każdą z historii obdarzając autonomicznym głosem, w pełni ukształtowanym bohaterem, ale także   dobierając do niej korespondujące z całością dekoracje. Wszystkie historie składają się powolutku w biografię domu i jego mieszkańców, ujawniając ich niezbyt przyjemne oblicze.
Mroczny nastrój, pełen jest zwidów i omamów, co sprawia, że nie jesteśmy w stanie rozpoznać, co jest prawdą, a co okrutną grą z naszymi bohaterami. Równie bezradni jak kolejni goście Slade House, szukając rozpaczliwie wyjścia, nie potrafimy odróżnić wrogów od sojuszników.
Pisarzowi udało się stworzyć klimatyczną i ponurą opowieść z otwartym zakończeniem. Szkoda jedynie, że kilka dialogów jest wręcz łopatologicznym wyjaśnianiem motywów antagonistów, a parę rozwiązań fabularnych  trąci klimatem rodem z powieści ezoterycznych. Nie wpływa to jednak na całokształt historii, sprawnie nawiązującej do wiktoriańskiej powieści grozy, umiejętnie operującej emocjami czytelnika i wielokrotnie go zaskakującej. Niepokojące sny gwarantowane…

niedziela, 23 kwietnia 2017

Cisza na blogu, bloger śpi...




Ostatnio hula tutaj wiatr, wiem...
 Tak to jest, kiedy człowiek każdą wolną chwilę przeznacza na nadrabianie braków w śnie.
Obiecuję poprawę, a tymczasem wszystkiego książkowego z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich!
Jakieś ciekawe książkowe zakupy z tej okazji?

poniedziałek, 20 marca 2017

Podróż między światami



            Opowiadania, to wbrew pozorom trudniejsza część prozy. Powieść pozwala na powolne rozwijanie wątków, czy też na  maskowanie ewentualnych niedociągnięć mnogością wydarzeń i postaci. Opowiadania rządzą się innymi prawami i z reguły szybko obnażają niedostatki warsztatu pisarskiego. Dlatego też ciekawa byłam, jak w tej formie wypadnie Sanderson, znany z tworzenia monumentalnych cegieł, w dodatku najczęściej występujących w seriach.
            „Bezkres magii” nie jest typowym zbiorem, gdyż zawiera teksty nie tylko dłuższe, niż typowe opowiadanie, ale także stanowiące dopowiedzenie niektórych wątków z powieści autora oraz historie ujawniające zamysł pisarza, chcącego swoimi książkami stworzyć ogromne uniwersum: Cosmere.
            Uważny czytelnik już dawno zauważył sieć powiązań między poszczególnymi jego tekstami, niezależnie od świata w którym rozgrywała się opowieść.  Drobne wskazówki, pewne wtrącenia i powiązania między bóstwami, posiadanymi mocami, czy też funkcjonującą magią, to wszystko razem wskazywało na osadzenie we wspólnej przestrzeni, właśnie w Cosmere. Jak tłumaczy sam pisarz: „Wiedziałem, że chcę stworzyć (…) epopeję większą od epopei. Opowieść obejmującą światy i epoki”. Lektura „Bezkresu magii” dobitnie pokazuje, jak ambitne jest to zamierzenie.
            Książka zawiera dziewięć tekstów, z których jeden: „Dusza cesarza”, ukazał się już w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Mag, jako samodzielny tom. Opowiadania te rozgrywają się w jednym z sześciu układów: Sel, Scadrial, Taldain, Tren, Drominad oraz Roshar. Niektóre z nich doczekały się już kilku ksiąg opisu, inne opisane zostały w jednej książce, a jeszcze inne na kartach powieści graficznej. Są też w zbiorze układy, do których Sanderson dopiero ma zamiar wrócić i opowiadanie stanowi jedynie przystawkę przed daniem głównym, na które zapewne przyjdzie nam długo poczekać.

Wydania anglojęzyczne czarują spójnością stylistyczną okładek.

         Przed każdym z tekstów znajduje się mapa danego układu oraz jego omówienie, dokonane przez jedną z bohaterek: badaczkę  Khriss, przemierzającą kolejne światy i opisującą ich strukturę. Dodatkowo, każde z opowiadań wieńczy komentarz odautorski, przybliżający genezę powstawania tekstu, jego powiązania z innymi książkami oraz plany na kolejne teksty. A jakby tego było mało: wydawnictwo wrzuciło do środka ilustracje, fragment powieści graficznej i liczne mapki. Uffff, czyż nie mówiłam, że to nie jest zwykły zbiór opowiadań?
Co do samych tekstów: przeważająca ich część dotyczy bohaterów i światów doskonale znanych czytelnikom Sandersona.  „Jedenasty metal”, czy też „Tajna historia” pozwalają nam nie tylko wrócić do cyklu „Ostatnie Imperium”, ale też ponownie stykają z jednym z moich ulubionych bohaterów: Kelsierem. Koniecznie jednak trzeba zaznaczyć, że część teksów może być jednym wielkim spoilerem do „Ostatniego imperium”, zatem warto wstrzymać się z ich lekturą do zakończenia tamtej trylogii.  

Krótka ściąga: co Sandersona już zostało wydane przez Maga. Jest trochę czytania :)

          Tom zawiera także historie pozwalające nam na poznanie nowych światów i to są, moim zdaniem, opowiadania w zbiorze najlepsze: szczególnie „Cienie dla Ciszy w lasach Piekła” oraz „Szósty ze zmierzchu”, charakteryzujące się mrocznym i niepokojącym klimatem oraz osadzone w światach, gdzie wszystko tylko czyha by pozbawić bohaterów życia. Wyróżnia się tutaj planeta Drominad i jej wyspy, gdzie zwierzęta, rośliny i klimat są niezwykle zabójcze, ale i lasy Piekła nie ustępują im w konkursie na najmniej nieprzyjazne miejsce do zamieszkania. Tego typu miejsca zamieszkiwane są przez specyficzny rodzaj ludzi: twardych i nieustępliwych, gotowych na wszystko. Zabójcza Cisza jest doskonałym tego przykładem: właścicielka gospody szybko pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze i nie jest to twarz miłej mamusi.
„Bezkres magii”, to pozycja w przeważającej mierze skierowana do fanów Sandersona, raczej nie warto od niej zaczynać przygody z tym pisarzem: część tekstów może się wydać nowym czytelnikom przesadnie zagmatwana. Za to maniacy twórczości tego pisarza zdecydowanie będą ukontentowani: powrotem znanych bohaterów, nowymi światami, poszerzoną wiedzą na temat światów już opisanych i pogłębieniem charakterów postaci drugoplanowych.  

niedziela, 12 lutego 2017

Siewca wojny czy rozjemca?


       Wydawnictwo Mag ( i chwała mu za to) konsekwentnie wydaje kolejne tomy prozy Sandersona, sięgając nie tylko po pozycje nieznane polskiemu czytelnikowi, ale także wznawiając książki sprzed kilku lat. Tak oto niegdysiejszy „Siewca wojny” wraca pod nowym tytułem „Rozjemcy”.
    „Rozjemca” rozgrywa się w przeważającej części w Hallandren, Krainie Bogów, a ściślej: powracających po śmierci ludzi, którzy zginęli w chwalebny sposób, co spowodowało ich niecodzienny comeback. W chwili rozpoczęcia historii, Hallandren zastanawia się nad wypowiedzeniem wojny krainie Idris, ojczyźnie Siri i Vivenny. Odroczeniem konfliktu może stać się małżeństwo Króla-Boga z jedną z księżniczek. W ten oto sposób niepokorna Siri ląduje w samym środku  ojczyzny wroga i poślubia tajemniczą istotę o potężnej mocy.
        W tym samym czasie Vivenne dochodzi do wniosku, że jej postrzeloną siostrzyczkę czeka pewna śmierć w miejscu tak różnym od rodzinnego królestwa i wyrusza z misją ratunkową, która szybciutko przerodzi się w walkę o przetrwanie samej Viv. Na szczęście dziewczyna szybko znajduje sojuszników, a jej naiwny plan ratunku przechodzi gwałtowną metamorfozę, by z niemożliwego stać się całkiem realnym.
Jak to u tego pisarza bywa, akcja rozwija się nieśpiesznie, Początkowe sceny, to ekspozycja bohaterów, kiedy to poznajemy figury rozstawiane na planszy przez autora. Pozornie, każdego z bohaterów można opisać jednym słowem: Siri, to lekkomyślna księżniczka, z kolei Vivenna jest tą rozważniejszą z sióstr. Dar Pieśni, poznajemy jako lekkoducha, boga nieustannie kpiącego z wszystkiego i wszystkich, najmniej poważnie traktującego swój boski status.  Z czasem jednak bohaterowie ewoluują i na wskutek rozgrywających się wydarzeń, zmieniają się nie do poznania, negując w ten sposób ciasne ramy, w które ich wtłoczono, bądź w które weszli sami.
Po raz kolejny wraca motyw potencjalnego konfliktu militarnego i próby powstrzymania go za wszelką cenę. Jedno królestwo żyje w strachu przed drugim, a ich władcy zmuszeni są do podejmowania trudnych decyzji, jak ta o oddaniu córki wrogowi. Jednak nie ma mowy o wtórności, czy też odgrzewanych daniach: „Rozjemca” jest zupełnie inną powieścią, niż było „Elantris”.
Sanderson nie byłby sobą, gdyby dla kolejnej powieści nie opracował nowego systemu magicznego. Tym razem jest to BioChroma,  oparta na zbieraniu Oddechów, dzięki którym można zmieniać kształt rzeczy, a nawet ożywiać przedmioty, czy też ludzi. Im więcej Oddechów, tym potężniejszy ich właściciel: Król-Bóg ma ich ponad 50 tysięcy…
Sandersona lubię niezmiernie, co nie znaczy, że nie widzę wad jego książek; tym razem rozśmieszył mnie pomysł z Królewskimi Lokami, zmieniającymi kolor z zależności od nastroju „właściciela włosów” (jesteś wkurzony? wiem, bo twoje włosy zrobiły się czerwone..ehhhhh) Nie do końca przekonały mnie bohaterki, oparte w dużej mierze na skontrastowaniu cech charakteru oraz zbytnio polegające w swoich działaniach na mężczyznach. Zdarzyło się także, że wzdychałam z niecierpliwieniem przy kolejnym opisie sukni, czy też wielokrotnym podkreślaniu, jak obce dla obu dziewcząt jest Hallandren.
Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że „Rozjemcę” przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, po raz kolejny pozwalając by autor zabrał mnie w długą i fascynującą podróż. 

czwartek, 9 lutego 2017

Gdzie bóg nie może, tam faceta pośle.



        Poznajcie Cienia, mężczyznę, który właśnie wychodzi z wiezienia, by chwilę potem dowiedzieć się o śmierci ukochanej żony. Co gorsza, żony zdradzającej go z najlepszym przyjacielem… Taki początek nowej drogi życia może zwiastować tylko najgorsze i niekoniecznie musi to oznaczać recydywę.
        Złemu na cały świat i pogrążonemu w żałobie Cieniowi, los stawia na drodze tajemniczego mężczyznę, każącego się nazywać Panem Wednesday i proponującego naszemu bohaterowi posadę ochroniarza. Tak zaczyna się surrealistyczna podróż po Ameryce, mająca pozornie na celu rozwiązanie zagadek kilku zgonów, a tak naprawdę ujawniająca grę o najwyższą możliwą stawkę.  
      Gaiman tworzy swoją najsłynniejszą opowieść w oparciu o rozważania dotyczące losów zapomnianych bogów. Jak wygląda „życie” istot obdarzonych mocą i przyzwyczajonych do hołdów, gdy tych zabraknie? Co się stanie, gdy umrze ostatni wyznawca, a na jego miejsce nie zjawi się nikt nowy? Gdy nie ma nikogo, kto by cię czcił, wielbił, a nawet tylko pamiętał, kim jesteś.
          Wizja brytyjskiego pisarza jest zdecydowanie bardziej ponura, niż ta z „Pomniejszych bóstw” Terrego Pratchetta. Okazuje się, że strącone z piedestału istoty potrafią się doskonale odnaleźć w nowej sytuacji, ale są też takie, które zrobią wszystko, by przywrócić stary porządek. Nawet jeżeli oznaczać to będzie rzeź większości swoich potencjalnych wyznawców, czy też bezlitosne rozprawienie się z uzurpatorami. „Amerykańscy bogowie” są brutalną i krwawą historią zmagań nowych i starych bóstw, w których żadna ze stron nie waha się przed największą nawet podłością, by pokonać przeciwnika.
Forma i objętość „amerykańskich bogów” pozwalają autorowi do woli błyszczeć erudycją: mitologia nordycka miesza się z celtycką, zaraz obok afrykańskiej, hinduskiej i słowiańskiej. Na naszych oczach ożywają bóstwa, a także bohaterowie starych podań i legend. Lekkość z jaką autor tworzy tę wielowątkową narrację zadziwia i po raz kolejny udowadnia, że Gaiman należy do czołówki pisarzy tworzących szeroko rozumianą fantastykę.
Mroczna i miejscami przygnębiająca opowieść, wypełniona czarnym humorem wciąga do ostatniej strony, a spektakularny finał na długo pozostaje z czytelnikiem. 

niedziela, 18 grudnia 2016

Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów.


         Każdy twórca fantastyki tworzący powieść w stylu heist book, musi liczyć się z  porównaniami do książek Scota Lyncha, a sami dobrze wiecie, że trudno wyjść z takiej konfrontacji obronną ręką.
      „Szóstka wron” nie jest może dziełem przełomowym w swoim gatunku, ale niewątpliwie stanowi kawałek porządnej rozrywki. Autorka zaczyna klasycznie: niebezpiecznym zadaniem, zbieraniem drużyny różnorodnych indywidualności i opracowaniem planu niewykonalnego pozornie skoku.
Nie czytałam Trylogii Grisza, więc początkowo zasady funkcjonowania magii były dla mnie nieco niejasne, ale trwało to zaledwie kilkanaście stron i nie umniejszyło przyjemności eksplorowania mrocznego świata.
      Kaz Brekker to siedemnastoletni geniusz przestępczy, szefujący gangowi Szumowin, jednej z bezwzględnych band grasujących w Ketterdamie. Napędzany pragnieniem zemsty Kaz pewnego dnia otrzymuje propozycję, która może pozwolić mu na wyrównanie porachunków z odwiecznym wrogiem: niebezpieczną misję za ogromne pieniądze. Musi „jedynie” włamać się do niezdobytej do tej pory wojskowej twierdzy i uwolnić śmiertelnie niebezpiecznego zakładnika. Dokonanie tego wymaga skompletowania nie lada grupy.
      Jak mawia klasyk: „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” i właśnie to Brekker robi; zbiera szóstkę ludzi na tyle odważnych, głupich lub zdesperowanych, by zgodzili się wyruszyć z nim w samobójczą misję. Każde z nich ma swoją niełatwą biografię i mroczną przeszłość, która napędza ich teraźniejsze działania, a także specyficzne zdolności niezbędne dla wykonania zadania.  Ich wzajemne interakcje niejednokrotnie powodują spięcia i bywa, że zagrażają powodzeniu misji. Nic dziwnego, że co rusz członkowie drużyny muszą życzyć sobie powodzenia słowami: „Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów.”
       Akcja toczy się niezwykle wartko: mamy plan i niezwłocznie przystępujemy do jego wykonania, po drodze demolując co się da i znacząco mieszając szyki wszystkim stającym naszym bohaterom na drodze . Potyczki z wrogiem mieszają się ze słownymi przepychankami członków gangu, mroczne sceny sąsiadują z czarnym humorem, a my niepostrzeżenie, strona po stronie, przywiązujemy się do bohaterów, sekundując ich poczynaniom i trzymając kciuki, by autorce nie wpadło czasami do głowy pozbyć się któregoś z nich. 
        Bardugo stawia na małoletnich bohaterów: wszyscy protagoniści mają po kilkanaście lat i to jest największa słabość tej książki. Trudno uwierzyć w genialnych wirtuozów zbrodni, nawet gdy stoi za nimi wieloletnie doświadczenie w oszukiwaniu innych, ale prawie niemożliwe jest rzetelne przedstawienie nastolatka w roli mózgu gangu. Postarzenie postaci przynajmniej dwukrotnie nie wpłynęłoby znacząco na fabułę, a znacznie poprawiłoby wiarygodność opowieści. W całą resztę jestem skłonna uwierzyć, gdyż nawet najbardziej niewykonalne poczynania bohaterów przynależą do stylistyki tego typu opowieści: nawet jeżeli jest to kradzież czołgu…

sobota, 17 grudnia 2016

Jeśli nie chcesz mojej zguby, gwiazdkę z nieba daj mi luby.


Ten, kto gwiazdę w locie schwyta,
Sprawi dziecko mandragorze,
Wie, skąd diabeł wziął kopyta,
Albo czemu gasną zorze,
Umie słuchać Syren śpiewu,
Strzec się zawistników gniewu —
Ten jedyny
Zna krainy,
Gdzie nie znajdzie fałsz gościny.

           Gaiman znów czaruje: tym razem snując swoją wersję baśni o dzielnym i ubogim młodzieńcu, który musi przejść Próbę, by zasłużyć na uczucie swojej wybranki.
          Pozornie obiektem uczuć głównego bohatera jest piękna i bogata Victoria, a Próbą staje się wyprawa po spadającą gwiazdę w nieznane, poza granicami malutkiej wioski. Potem jednak fabuła zaczyna odbiegać od utartych schematów. Niespodziewanie dla naszego bohatera, gwiazda okazuje się być piękną dziewczyną o nieco wybuchowym charakterku, a eksplorowanie świata niesie za sobą tyleż samo niebezpieczeństw, co fascynujących przygód. Młodzieniec wróci z wyprawy zupełnie innym człowiekiem…
      Podróż do Krainy Czarów staje się okazją, by stworzyć baśń mówiącą o przeróżnych pragnieniach i próbie ich zaspokojenia, jednocześnie opiewającą siłę miłości, która pozwala nieśmiałemu chłopcu na heroiczne czyny.
          Ponownie pisarz czerpie garściami z mitologii, podań, legend i literatury, zaludniając swoją historię magicznymi stworami, cudownymi obrazami, dając upust nieskrępowanej wyobraźni. Gadające ptaki? Proszę bardzo. Duchy komentujące wydarzenia? Nie ma sprawy. Zły las próbujący zjadać podróżników? Ależ oczywiście…
Gaiman cudownie gra nie tylko z konwencją baśni, ale także z literaturą XIX wieku. Narrator, klasyczny wszechwiedzący gawędziarz, rodem z wiktoriańskich powieści, nie tylko skrupulatnie informuje czytelnika o rozgrywających się wydarzeniach, ale także wzbogaca swoją opowieść o anegdotki i często sarkastyczne komentarze.  Przy czym „Gwiezdny pył”, to pełna magii, okrucieństwa i humoru opowieść w której młody Tristran odbywa szaloną podróż,  dorównującą czasami tej przebytej przez Alicję w Krainie Czarów.
Wyprawa w towarzystwie Tristrana i jego charakternej towarzyszki, to eskapada czasami mroczna, ale także pełna humoru i niesamowitych scen wyprawa, w której nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Kolejny raz Gaiman stworzył uniwersalną historię, trafiająca do czytelnika w każdym wieku. 

środa, 7 grudnia 2016

Więc chodź pomaluj mi Świat...Dysku


            Kolorowanka, która przygotowało wydawnictwo Prószyński składa się z czarno –białych prac nawiązujących do znanych dziel sztuki, ilustracji znanych fanom, ale także takich, które zostały specjalnie przygotowane na potrzeby tej publikacji. Nierzadko zdarza się okazja, by móc pokolorować Śmierć, nadać trochę kolorków babci Weatherwax,, czy też nieco ożywić ponure oblicze Sama Vimesa.  Prac Paula Kidby’ego fanom Pratchetta przedstawiać nie trzeba: ten znakomity grafik towarzyszył naszym lekturom od 2002 roku, kiedy to zaczął tworzyć okładki do powieści angielskiego pisarza. 
        Całość jest dodatkowo uzupełniona cytatami z książek i stanowi naprawdę wspaniałą rozrywkę, choć nieco hermetyczną: to zdecydowanie książka dla miłośników prozy nieodżałowanego pisarza, odbiegająca od stereotypowych kolorowanek dla dorosłych, które wypełniają księgarskie półki. Trudno  mi wyobrazić sobie, że ktoś, kto do tej pory kolorował fantazyjne arabeski, czy też ogrody pełne kwiatów, zdecyduje się nagle na wypełnianie barwami konturów gigantycznego orangutana, siedzącego wśród książek…
      Poza powyższym zastrzeżeniem, nie mam żadnych uwag do omawianej kolorowanki: jako zagorzała wielbicielka  Pratchetta  z radością powitałam możliwość kolejnej okazji, by choć na chwilę zanurzyć się w wykreowanym przez niego uniwersum. Nawet za pośrednictwem kredek.

niedziela, 4 grudnia 2016

Grafomania na rykowisku


     „Randka z jeleniem” miała być ciekawą historią, nie tylko o zakładaniu prywatnej fermy jeleni na Mazurach, ale także opowieścią o powrocie z emigracji i zmaganiach z absurdami codzienności. Niestety, już od kilku pierwszych stron czytelnik zapytuje sam siebie: co to ma być?Wspomnienia autorki przeplatane są ni stąd, ni zowąd wykładami na przeróżne tematy. I tak historia pewnego sylwestra staje się okazją do przytoczenia genezy tego święta, a wygląd sali balowej prowadzi do wywodu o odkryciach Mikołaja Kopernika!  Ani to  odkrywcze, ani ciekawie przytoczone, ot w stylu nudnawego wykładu.
       Całość niemalże zbudowana jest  ze zdań prostych, taki  telegraficzny styl nie świadczy najlepiej o literackim talencie autorki. nie lepiej wychodzi autorce konsekwentne trzymanie się jednego czasu: nagminnie miesza czas przeszły i teraźniejszy w obrębie jednego akapitu.Wszędzie dominuje chaos: pani Sęczykowska skacze od wspomnienia do wspomnienia, przeplatając je kolejnymi niepotrzebnymi nikomu informacjami np. dotyczącymi wychowywania dzieci w dworach staropolskich. Na to wszystko spływa dodatkowo lukier w postaci mądrości rodem z książek Paula Coehlo.
        Żeby było jeszcze gorzej co i rusz natrafiamy na łopatologicznie poprowadzoną pochwałę religii katolickiej,  jak choćby w przypadku tezy o wysokiej moralności szlachty polskiej jako wyniku wychowania katolickiego. Nie sposób nie uśmiechnąć się na myśl o „moralności” niektórych naszych przodków, szczególnie tych urzędujących w dworach.
       Najgorsze jednak, że autorka stawia się w pozycji wyroczni i tonem pełnym wyższości wygłasza kazania np. o degeneracji polskiej wsi. Powiela krzywdzące stereotypy i mocno uogólnia, jak choćby w rozdziale, gdzie sprowadza wszystkich mieszkańców Mazur do pijaczków wystających pod lokalnym sklepem.
      Elżbieta Sęczykowska stworzyła dziwną hybrydę gatunkową: ni to biografię, książeczkę naukową dla dzieci, czy też poradnik hodowli jeleni. Jakkolwiek by jednak nie spojrzeć na „Randkę z…”, trudno jednak uznać ten eksperyment za udany. Całość jest pretensjonalna, miejscami niezwykle nudna i pozbawiona wigoru.

            

środa, 30 listopada 2016

Kontrowersyjna biografia Pilcha


Życie Pilcha to niewątpliwie materiał na pokaźną książkę. Choroba, liczne związki, nagrody, bogata twórczość literacka, nałogi- to wszystko opisane zostało niezwykle skrupulatnie, wręcz przesadnie drobiazgowo. Monumentalna biografia grzeszy rozdrabnianiem się i szczegółowością, w których ginie czasami główny bohater. Nierzadko te szczegółowe relacje są wręcz bolesne dla czytelnika np. w przypadku bardzo dokładnych  opisów picia Pilcha, sprawiających wrażenie wziętych z brukowców, skupiających się na taniej sensacji.
Niezbyt przyswajalny jest także język, którym autorka tworzy wizerunek Pilcha. Czasami pompatyczny, czasami groteskowo nieporadny. Wielu krytyków zwróciło uwagę na fakt, że dziennikarka stara się pisać „frazą Pilcha”, ale niestety jej to nie wychodzi i w rezultacie zamiast hołdu literackiego, mamy karykaturę.
 Kubisiowska dotarła do wielu dokumentów z życia rodziny pisarza, opisując dalszych i bliższych przodków pisarza, cytując nie tylko te materiały, ale także wypowiedzi przyjaciół, znajomych i krewnych. Najbardziej jaskrawe są oczywiście wypowiedzi byłych kochanek pisarza, koncentrujące się na krzywdach i ranach zadawanych im w trakcie związku z pisarzem.
Biografia autora jak widać w dużej mierze koncentruje się na jego niezbyt jasnej stronie: otrzymujemy wizerunek człowieka, który praktycznie ciągle pije, zdradza swoje kobiety i bardzo łatwo idzie na kompromisy z władzą, niezależnie od tego, jaka ona jest.  Nic dziwnego, że bohater tej książki przestał odbierać telefony od autorki.
Sam Pilch napisał kiedyś w swoim „Dzienniku”: "Biografii mamy przez to tyle, ile mamy. Ach, nie tylko przez to - też z piramidalnego lenistwa. Względy moralne są tu jakże dogodnym alibi - nie róbmy nic, bo ciotka źle się poczuje. Od samopoczucia ciotki nie ma w kulturze nic ważniejszego". Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor wolałbym jednak nie występować w roli owej ciotki…

niedziela, 27 listopada 2016

Wojna królów



Jean des Cars próbuje przybliżyć nam sylwetki wielkich ale i tych zapomnianych monarchów; ich słabostki, dziwactwa i historie rodzinne. Głównym założeniem książki jest teza o tym, że jej bohaterowie to ludzie z krwi i kości, pełni wad, zalet i podatni na rozmaite wpływy. Des Cars nie traktuje ich tylko w kategoriach koronowanych głów, uosabiających dążenia swoich państw, ale właśnie jako miotanych przeróżnymi uczuciami śmiertelników.
Francuz z uwagą przygląda się swoim bohaterom, analizując kierujące nimi pobudki oraz rozbierając na czynniki pierwsze życie prywatne i konsekwencje wynikające z takich, a nie innych cech charakteru  danej koronowanej głowy. Kluczem do całości jest zatem spojrzenie z „ludzkiego punktu widzenia” zarówno na obie wojny światowe, jak i okres międzywojenny. 
            Monarchowie sprzed 1914 roku ( wybuch I Wojny Światowej stanowi przełomową datę w opracowaniu francuskiego dziennikarza) w większości spokrewnieni ze sobą, prowadzący szereg rozgrywek, politycznych gier, prowadzących do wybuchu katastrofy: „Wojna królów będzie niewiarygodnym wyrazem rodzinnych porachunków na skalę całego kontynentu”.
            W sposób jasny i klarowny autor prowadzi czytelnika przez Wielką Historię, koncentrując się na jej jednostkowym wymiarze, owej „ludzkiej stronie” wydarzeń. Nie zapominając jednak przybliżyć mechanizmów, które doprowadziły do wybuchu dwóch tragicznych konfliktów na skalę światową. Niemalże gawędziarski ton wyjątkowo pasuje do tej publikacji, z zamierzenia mającej uczyć i bawić, gdyż „Berło i krew’ to nie przesadnie ambitna pozycja historyczna, ale solidne i przystępne opracowanie, po które może sięgnąć zarówno laik jak i pasjonat minionych dziejów.

wtorek, 15 listopada 2016

Nowe "Targowisko próżności"


        Julian Fellowes znany jest na całym świecie jako autor scenariusza do serialu „Downton Abbey”, śledzonego przez miliony widzów. Nieco mniej popularne jest jego oblicze pisarza, mimo, że „Belgravia”, to już trzecia powieść spod jego ręki.
       Scenarzysta, aktor i pisarz po raz kolejny rozgrywa na naszych oczach historię bogatych nuworyszy wkradających się w szeregi, oburzonej tym, arystokracji. Londyn pod rządami królowej Wiktorii rozrasta się bardzo szybko, powstają nowe dzielnice takie jak tytułowa Belgravia, miejsca elitarne i luksusowe, gdzie toczy się akcja powieści.
          Napędzana ambicjami rodzina kupiecka kontra wyższe sfery, to konflikt doskonale obrazujący sprzeczności targające XIX wiekiem. Fellowes oferuje nam wielowymiarowych bohaterów: żądnego zaszczytów kupca i jego rozsądną żonę. W kontrze do nich pozostają przedstawiciele arystokracji, tacy jak księżna Bellasis, wypowiadająca oskarżycielskie słowa: „Jest pani tworem nowej ery”, skierowane do swojej antagonistki. Ery, której istnienia nikt z wyższych sfer nie chce przyjąć do wiadomości, bądź stara się ją zbagatelizować.
            Pisarz nie porzuca dobrze znanego nam tematu i wprowadza na scenę także służących, którzy celnie komentują życie swoich państwa. Akcję napędzają więc wydarzenia w trzech sferach: bogacących się parweniuszy, ustępującej im powoli pola arystokracji i ludzi spędzających większość życia „pod schodami”. Każda z tych sfer ma swoje mniejsze i większe tajemnice, brudne sekreciki, które skrywane latami urastają do rangi skandali mogących zniszczyć czyjeś życie. „Belgravię” wypełniają w dużej mierze mocno niesympatyczne persony, traktujące innych wyłącznie w kategoriach użytkowych.
Scenarzysta okazuje się być godnym naśladowcą Thackeraya, wyraziście rysując przed nami prawdziwe targowisko próżności, napędzane niezdrowymi ambicjami i destrukcyjnie wpływające na każdego, kto choć na chwilę zapuścił się w piękne ulice Belgravii.


niedziela, 13 listopada 2016

Powrót do świata na skraju zagłady.



„Elantris” było kilka lat temu moim pierwszym spotkaniem z prozą Sandersona, na tyle udanym, że dzisiaj mam osobną półkę na książki tego autora, które Mag ku mojej radości wydaje i wydaje.
        Historia tym razem rozgrywa się w świecie dotkniętym zagładą. Arleon miał niegdyś wspaniałą stolicę- Elantris- magiczne miejsce zamieszkiwane przez pełne mocy istoty, przyczyniające się do dobrostanu całego państwa. Pewnego dnia jednak magia zniknęła, a Elantris spektakularnie upadło, stając się opustoszałą skorupą zamieszkaną przez okaleczonych ludzi. Nowa stolica, Kae, nie jest nawet po części tak piękna, jak dawna; w dodatku zagraża jej niebezpieczeństwo ze strony fanatyków religijnych, podbijających kolejne kraje dla swojego surowego boga i cesarza.
    Sanderson w środku tych wydarzeń stawia dwie główne figury: księżniczkę Sarene i jej niedoszłego męża i następcę trony Arleonu, księcia Raodena. Żadne z nich nie należy do największych szczęśliwców: Raoden pewnego pięknego dnia budzi się dotknięty tajemniczą chorobą, przekleństwem Elantris, w następstwie czego zostaje ogłoszony martwym i wygnany do zniszczonej dawnej stolicy. Z kolei Sarene przybywa do swojego nowego domu i tam dowiaduje się, że jest już wdową. Księżniczka niezależnie od swojego tragicznego położenia musi podjąć wysiłek obrony kraju przed fanatykami z Fjordenu, a wygnany książę próbuje pomóc nie tylko sobie, ale wszystkim nieszczęsnym mieszkańcom opustoszałego i mrocznego Elantris.


    „Miasto stało się rozległym grobowcem dla tych, których ciała zapomniały, jak to jest umrzeć”. Elantris to przerażające miejsce, zamieszkane przez martwych ludzi: ich serca nie biją, ich rany nigdy się nie goją, towarzyszy im wieczny ból i głód, którego praktycznie nie da się zaspokoić. Pokryte szlamem ulice nie stanowią schronienia przed zimnem, deszczem, czy tez okrucieństwem zdziczałych band żerujących na innych. Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby wykrzesać z siebie w takim miejscu, choć trochę siły by starać się je zmienić. Jednak Raoden próbuje…
    W nieco lepszej, choć też nie godnej pozazdroszczenia, sytuacji znajduje się księżniczka:  samotna na obcym dworze, pozostawiona na pastwę dworskich intryg, usiłująca ratować swoją nową i starą ojczyznę, bez rodziny, przyjaciół, sojuszników.
Zupełnie inną walkę toczy Hrathen, wysokiej rangi kapłan niszczycielskiej religii, który przybył do Kae, by je nawrócić lub zniszczyć. Losy tych trzech postaci Sanderson splata w skomplikowanej sieci wzajemnych zależności, co chwilę krzyżując ich ścieżki.
      Pisarz jak zwykle tworzy w pełni dopracowany świat, z odrębnym systemem wierzeń, własną geografią i magią. Nie trzeba chyba już dodawać, że całość jest spójna i wiarygodna. Z kolei protagoniści nieco odbiegają od tych, do których amerykański twórca zdążył nas przyzwyczaić. Tym razem w centrum wydarzeń są zwykli ludzie, a nie obdarzeni specjalnymi zdolnościami wybrańcy. To dosyć odświeżający pomysł, po licznych tomach rozgrywających się wokół postaci obdarzonych nadnaturalnymi mocami i ratującymi świat jeszcze przed śniadaniem. Książę, jego niedoszła małżonka i kapłan muszą radzić sobie z ograniczeniami, jakie narzucane są innym śmiertelnikom, zamieszkującym targany niepokojami Arleon.
   Niektóre fragmenty jasno pokazują, że „Elantris” to debiut: część rozwiązań razi schematycznością, czasami na scenę wkracza deus ex machina, a działania bohaterów bywają nam łopatologicznie wyjaśniane. Ale mimo tego wielu autorów dałoby sobie pewnie uciąć to i owo, by móc tak zadebiutować.
      Z prawdziwą przyjemnością wróciłam po latach do fascynującej rzeczywistości, pełnej magii i okrucieństwa, bawiąc się przy tej lekturze tak samo dobrze, jak za pierwszym razem.

wtorek, 1 listopada 2016

Królewska histeryczka



            „Monumentalna „Królewska heretyczka” opisuje szesnaście lat rządów Elżbiety I i oferuje czytelnikom nowe spojrzenie na historie córki Henryka VIII i jej związku z lordem Dudley’em.
         Na pierwszy plan wysuwa się porządne przygotowanie autorki. Widać, że sięgała do wielu źródeł i jej bohaterowie są solidnie osadzeni w epoce (chociaż niestety nie można tego powiedzieć o wszystkich postaciach). Pisarka nie tworzy nowych postaci lecz nadaje życie tym historycznym, do tej pory tkwiącym jedynie na kartach podręczników i opracowań, czasami jednak przesadzając w obdarzaniu ich mentalnością odpowiednią bardziej w XXI wieku, niż na elżbietańskim dworze. Na szczęście te anachronizmy są na tyle drobne, że nie przeszkadzają zbytnio w lekturze.
       Najgorzej wypada w mojej ocenie tytułowa bohaterka, miejscami zachowująca się niedorzecznie i histerycznie.  Jej zachowanie, brak opanowania, wybuchy złości- to wszystko kłóci się z obrazem, jaki znamy z filmów czy też innych lektur. Niedźwiedzka przedstawia nam prawdziwie królewską histeryczką, uwikłaną w toksyczny związek z karierowiczem. Trudno powiedzieć, czy ta wizja mnie przekonuje. 
            Mimo tych usterek całość sprawdza się doskonale w swojej kategorii: historycznego czytadła, lekko i przyjemnie przybliżającego realia epoki oraz zamierzchłe wydarzenia. Trzeba jednak zastrzec, że „Królewska heretyczka” w przeważającej mierze jest romansem, trochę nietypowym wprawdzie, bo obsadzonym postaciami historycznymi, ale jednak romansem. Dlatego też, to uczucia i ich konsekwencje dominują i nadają ton powieści, nie jest to więc pozycja dla tych, którzy stronią od czytania o porywach serca i szaleństwach namiętności, targających ludźmi, niezależnie od epoki i pozycji społecznej.

piątek, 14 października 2016

Coś dla maniakalnych wielbicieli list


            Moorea Seal proponuje zabawę z 52 listami, po jednej na każdy tydzień roku. Każda z nich ma pomóc w uporządkowaniu myśli, planów i marzeń, a także w „przeżywaniu kolejnych dni coraz bardziej świadomie”. Autorka przyznaje, że jest uzależniona od robienia list i na co dzień posługuje się przynajmniej trzema, by pomóc ogarnąć sobie rzeczywistość. 
            Właściciel dziennika może zapisywać cele i marzenia na dany rok, wpisać swoje ulubione filmy, książki, wizualizować swoje życie za 10 lat, czy też odnotować ulubione cytaty. Kolejność wypełniania list jest oczywiście dowolna i zależy od widzimisię czytelnika. 
            Całość podzielona jest wedle pór roku, każdej z nich autorka przyporządkowała odpowiednie, według niej, listy. Nic dziwnego więc, że dziennik rozpoczyna lista noworocznych postanowień, tak dobrze znanych każdemu z nas. Wiosna, to między innymi spis naszych dziwactw, czy też największych motywatorów, latem zapisać możemy, co przynosi nam największego kopa energetycznego, a jesienią skrupulatnie tworzyć listy piosenek poprawiających humor, niezależnie od aury.
            Szata graficzna „Trochę innego dziennika” robi naprawdę pozytywne wrażenie. Każda strona stanowi odrębną całość, ozdobioną różnymi akcentami graficznymi i wyróżnioną innym kolorem, pomiędzy listami powklejane są klimatyczne zdjęcia, spinające wszystko w jedną stylistyczną całość. 
            Dorabianie ideologii do tej pozycji, to trochę zbyt dużo, ale sama książeczka może sprawić dużo frajdy, o ile ktoś oczywiście lubi spisywać swoje przemyślenia, czy też z większą uwagą skoncentrować się na mijających chwilach, zatrzymanych właśnie w formie listy.