Wrześniowa „Nowa Fantastyka” uraczyła swoich czytelników dodatkowym bonusem, w postaci darmowej książki dołączonej do numeru. „Rezydent wieży” jest debiutem literackim Andrzeja Tuchorskiego i zarazem zwycięzcą konkursu ogłoszonego przez redakcję czasopisma. Całość opowiada o magu, tytułowym rezydencie wieży, człowieku, którego zadaniem jest pomaganie zbłąkanym wędrowcom, sprzedawanie magicznych artefaktów i udzielanie wskazówek, gdy rzecz tyczy się magii. Klavres mógłby spędzać życie w swojej wieży, spoglądając z wyższością na poszukiwaczy przygód i guzów, ale jest w nim coś, co powoduje, że bez przerwy ładuje się w rozmaite tarapaty. Nietrudno tutaj o skojarzenia z Rincewidem, magiem tchórzliwym i nieudolnym , który mimo tego nieustannie grał pierwsze skrzypce w sytuacjach, gdy światu zagrażało niebezpieczeństwo. Niestety, pan Tuchorski nie jest Pratchettem, a wykreowane przez niego uniwersum nie mogłoby nawet pretendować do miana kiepskiego klona Świata Dysku.
Założeniem powieści, składających się z kilku przygód naszego bohatera, była zapewne niezobowiązująca fantastyka: coś lekkiego i przyjemnego w lekturze. Wyszło nawet lepiej, niż autor planował, gdyż „Rezydent wieży” jest tak lekkostrawna literaturą, że po jej lekturze czytelnik ma wrażenie obcowania z pustymi stronami. Kilka dni po przeczytaniu całości trudno przypomnieć sobie dystynktywne cechy bohatera, czy też którąś z jego przygód. Całość sprawia wrażenie naprędce skompletowanego zbioru anegdotek, historyjek i pomysłów, które nie miały szans, by dojrzeć. Bohater nie wyróżnia się niczym, świat przedstawiony nie wyróżnia się niczym, postacie drugoplanowe nie wyróżniają się niczym...Oczywiście nie każdy twórca z dziedziny fantastyki musi kreować oryginalne uniwersum i bohaterów na miarę tych tolkienowskich, ale wypadałoby choć posiedzieć nad całością, by nie była tak mdła i bezbarwna.
Humorystyczna fantastyka to gatunek do którego trzeba szczególnego talentu, nie wystarczy co kilka stron upakować jakiegoś ( w zamierzeniu zgrabnego) bon motu, czy też nieco odwrócić klasyczne schematy. Niestety, Andrzejowi Tuchorskiemu nie udało się stworzyć nawet namiastki tego, czego oczekiwałabym od lekkiego fantasy.
czwartek, 22 września 2011
czwartek, 15 września 2011
Na pohybel pani Meyer, czyli nie taki straszny wampir, jak PRL.
Czystym truizmem byłoby stwierdzenie, że wampiry opanowały kulturę popularną; wszak tylko pustelnika zaszytego w najdzikszej głuszy, ominęła fala histerii na punkcie Edwarda i jego boskiego, skrzącego się w słońcu ciała. Jak to zwykle bywa, na fali sukcesu jednej książki zaczęły powstawać jej klony, żerujące na popularności „dziełka” pani Meyer i odwiecznej skłonności nastolatek do kiepskiej literatury bazującej na opisach głębokich spojrzeń i namiętnych pocałunków.
Romans paranormalny ma się dobrze, mimo że upłynęło już sporo czasu od momentu, gdy chudy Edward wychynął na światło dzienne (jakkolwiek by to głupio nie brzmiało w kontekście postaci wampira). Czytelnicy przyzwyczaili się już do setek takich książek okupujących półki w księgarniach; książek charakteryzujących się pseudo mrocznymi okładkami, na których skąpo odziane dziewoje eksponują swoje wdzięki i szczerzą kły, czy to co tam każda ma do szczerzenia. I nagle, jak powiew świeżości pojawia się książka Pilipiuka, niemiłosiernie nabijającego się z mody na wampiryczne klimaty, przy okazji dworującego sobie niecnie z twórczości pani Meyer.
By rzecz miała dodatkowy smaczek, Pilipiuk osadza akcję swojej powieści w smutnych latach osiemdziesiątych , w pewnym kraju nad Wisłą. Wieczne kolejki, problemy z zaopatrzeniem w sklepach, smutni panowie w prochowcach, brak papieru toaletowego-ot, szara rzeczywistość. Gdzieś w środku tego wszystkiego znajduje się główna bohaterka, która z właściwą dla nastolatek rozwagą, postanawia popełnić samobójstwo na wskutek sercowych kłopotów. Miast być pięknym trupkiem, Małgorzata staje się zdezorientowanym wampirem, który z początku nijak nie wie, jak się zachować. A trzeba dodać, że otaczający ją świat nie jest przyjazny wampirom. Własna babcia strzela do ciebie z dubeltówki, jedwabnych fatałaszków jest jak na lekarstwo, a w kryptach wieje i pachnie wilgocią. Ratunkiem staje się grupa cudacznych osobników, w której jest i hrabia i komunista, a nawet robotnik –przodownik. To właśnie co dziwaczni i kiepsko dobrani towarzysze staną się dla Gośki przewodnikami w jej nowym życiu, po życiu.
Zestawienie przaśnej rzeczywistości późnego PRL-u z wyrafinowaniem, z jakim zazwyczaj utożsamiamy wampiry, daje komiczny efekt. Autor nie żałuje także rożnych intertekstualnych wtrętów, w książce pojawia się pan Samochodzik, Jakub Wędrowycz, czy tez sam Van Helsing. Nie zawsze jest to humor najwyższych lotów, ale miłośnicy Wielkiego Grafomana na pewno pokochają i tą książkę.
Romans paranormalny ma się dobrze, mimo że upłynęło już sporo czasu od momentu, gdy chudy Edward wychynął na światło dzienne (jakkolwiek by to głupio nie brzmiało w kontekście postaci wampira). Czytelnicy przyzwyczaili się już do setek takich książek okupujących półki w księgarniach; książek charakteryzujących się pseudo mrocznymi okładkami, na których skąpo odziane dziewoje eksponują swoje wdzięki i szczerzą kły, czy to co tam każda ma do szczerzenia. I nagle, jak powiew świeżości pojawia się książka Pilipiuka, niemiłosiernie nabijającego się z mody na wampiryczne klimaty, przy okazji dworującego sobie niecnie z twórczości pani Meyer.
By rzecz miała dodatkowy smaczek, Pilipiuk osadza akcję swojej powieści w smutnych latach osiemdziesiątych , w pewnym kraju nad Wisłą. Wieczne kolejki, problemy z zaopatrzeniem w sklepach, smutni panowie w prochowcach, brak papieru toaletowego-ot, szara rzeczywistość. Gdzieś w środku tego wszystkiego znajduje się główna bohaterka, która z właściwą dla nastolatek rozwagą, postanawia popełnić samobójstwo na wskutek sercowych kłopotów. Miast być pięknym trupkiem, Małgorzata staje się zdezorientowanym wampirem, który z początku nijak nie wie, jak się zachować. A trzeba dodać, że otaczający ją świat nie jest przyjazny wampirom. Własna babcia strzela do ciebie z dubeltówki, jedwabnych fatałaszków jest jak na lekarstwo, a w kryptach wieje i pachnie wilgocią. Ratunkiem staje się grupa cudacznych osobników, w której jest i hrabia i komunista, a nawet robotnik –przodownik. To właśnie co dziwaczni i kiepsko dobrani towarzysze staną się dla Gośki przewodnikami w jej nowym życiu, po życiu.
Zestawienie przaśnej rzeczywistości późnego PRL-u z wyrafinowaniem, z jakim zazwyczaj utożsamiamy wampiry, daje komiczny efekt. Autor nie żałuje także rożnych intertekstualnych wtrętów, w książce pojawia się pan Samochodzik, Jakub Wędrowycz, czy tez sam Van Helsing. Nie zawsze jest to humor najwyższych lotów, ale miłośnicy Wielkiego Grafomana na pewno pokochają i tą książkę.
poniedziałek, 5 września 2011
I znów sie dałam wystraszyć...
Wielokrotnie w twórczości S. Kinga pojawia się motyw człowieczeństwa wystawionego na próbę. Amerykański pisarz uczynił wręcz swoim znakiem firmowym bohaterów, którzy postawieni w sytuacjach krańcowych maja dwa wyjścia: starać się w miarę możliwości zachować przyzwoicie, bądź pozwolić, by „ciemna strona mocy” zatriumfowała. Niezależnie od tego, czy mowa o wielkiej epidemii wyniszczającej świat, czy też o dziwacznej kopule odgradzającej małe miasteczko od świata zewnętrznego, King zawsze formuje dwa obozy: tych dobrych i tych złych, a potem obserwuje co wynika z wzajemnych interakcji.
Najnowsza książka Króla Horroru poświęcona jest w całości ludziom postawionym pewnego dnia w nietypowej, czasami mocno skrajnej sytuacji. Mottem każdego z nich mogłyby być słowa jednego z bohaterów: "Wierzę w to, że w każdym człowieku jest drugi człowiek, obcy..."Ten drugi, obcy nie jest kimś, kogo chcielibyśmy ujawniać światu. Wręcz przeciwnie: to ta cząstka nas samych, o której wolimy nie myśleć za często, do której wstydzimy się przyznawać. Jest też tą, która bierze górę w działaniach wszystkich bohaterów „Czarnej bezgwiezdnej nocy”… Począwszy od farmera mordującego żonę, chcącą sprzedać jego ziemię, przez autorkę kryminałów biorącą odwet na swoim gwałcicielu, aż po zwykłego uprzejmego sąsiada, któremu ktoś proponuje naprawdę paskudny interes. Nie zapominajmy też o przemiłej kobiecie w średnim wieku, odkrywającej nagle, że jej mąż, to psychopatyczny morderca, od lat bezkarnie mordujący kobiety. King pokazuje zwykłych, szarych mieszkańców Ameryki w zetknięciu z zupełnie niezwykłymi sytuacjami. Jak się zachowają? To pytanie jest jednocześnie zadawane czytelnikowi, który nie jest w stanie kontynuować lektury bez zastanowienie się: co by było gdybym był/była na jego miejscu?
Jest jak zwykle mrocznie i brutalnie, King zawsze stawiał na mocne efekty, więc przygotować się trzeba na drobiazgowe opisy rozkładającego się ciała, czy też ran odniesionych na wskutek wielokrotnego gwałtu. Jednak najbardziej przerażającą częścią, jest ta w której łapiemy się na kibicowaniu kobiecie planującej morderstwo z zimną krwią. Łatwo jest pozwolić temu „drugiemu” wyjść na zewnątrz…
Najnowsza książka Króla Horroru poświęcona jest w całości ludziom postawionym pewnego dnia w nietypowej, czasami mocno skrajnej sytuacji. Mottem każdego z nich mogłyby być słowa jednego z bohaterów: "Wierzę w to, że w każdym człowieku jest drugi człowiek, obcy..."Ten drugi, obcy nie jest kimś, kogo chcielibyśmy ujawniać światu. Wręcz przeciwnie: to ta cząstka nas samych, o której wolimy nie myśleć za często, do której wstydzimy się przyznawać. Jest też tą, która bierze górę w działaniach wszystkich bohaterów „Czarnej bezgwiezdnej nocy”… Począwszy od farmera mordującego żonę, chcącą sprzedać jego ziemię, przez autorkę kryminałów biorącą odwet na swoim gwałcicielu, aż po zwykłego uprzejmego sąsiada, któremu ktoś proponuje naprawdę paskudny interes. Nie zapominajmy też o przemiłej kobiecie w średnim wieku, odkrywającej nagle, że jej mąż, to psychopatyczny morderca, od lat bezkarnie mordujący kobiety. King pokazuje zwykłych, szarych mieszkańców Ameryki w zetknięciu z zupełnie niezwykłymi sytuacjami. Jak się zachowają? To pytanie jest jednocześnie zadawane czytelnikowi, który nie jest w stanie kontynuować lektury bez zastanowienie się: co by było gdybym był/była na jego miejscu?
Jest jak zwykle mrocznie i brutalnie, King zawsze stawiał na mocne efekty, więc przygotować się trzeba na drobiazgowe opisy rozkładającego się ciała, czy też ran odniesionych na wskutek wielokrotnego gwałtu. Jednak najbardziej przerażającą częścią, jest ta w której łapiemy się na kibicowaniu kobiecie planującej morderstwo z zimną krwią. Łatwo jest pozwolić temu „drugiemu” wyjść na zewnątrz…
piątek, 2 września 2011
Kocury trzy
Małe podwórko przy zadbanej kamienicy, zamykana na domofon brama,- jakiś klomb, jakiś trzepak. Anonimowe miasto, anonimowi ludzie, mieszkańcy jednej kamienicy znający się z widzenia, kilku wymienia grzecznościowe pozdrowienia na schodach, kilku wie o sobie coś więcej, niż nazwisko i imię- powierzchowne kontakty, powierzchowne znajomości.
Pewnego dnia to wszystko się zmienia-na podwórku zwyczajnej kamienicy zjawiają się trzy koty: matka z dwoma młodymi, zaniedbane, chude, nieufne. Zycie kota we współczesnym mieście jest trudne: „Miasto przestało być dla niech przyjazne; kocie życie najeżone było trudnościami”. Stopniowo znikała kocia nieufność i bariery między ludźmi, sąsiedzi zaczęli mieć imiona, osobowość, nawyki: Pani Irena, to ta która pierwsza zaczęła karmić kocić rodzinę, Hubert, to nastolatek budujący domek z kartonu, pan Darek kupił elegancką budę dla psów, gdy skromny karton począł uczucia estetyczne niechętnych kotom mieszkańców kamienicy. I tak od kawałka wątróbki, miseczki mleka, zwykłego ludzkiego odruchu Nowakowski wyprowadza poczucie wspólnoty łączące kamienice i jej mieszkańców.
Autor tworzy ciepłą, optymistyczną bajkę, nawet tragiczna śmierć jednego z kotów nie zakłóca sielskiej atmosfery opowieści. Historia jest tyle ciepła, co błaha. Kilka banalnych przemyśleń na temat kotów: „kot to nomada”, „koty chodzą własnymi ścieżkami”, styka się z optymistycznymi prognozami: „świat się zmienia, ale zawsze znajdzie się miseczka mleka dla bezdomnego kota, bo nie wszyscy ludzie są źli”. Dramatyczne wydarzenia, które wstrząsają lokalną społecznością (zniknięcie kotów, tajemnicza śmierć jednego z nich) nie zakłócają radosnego wydźwięku całej opowiastki o kotach trzech jednoczących prawie całą kamienicę.
Pewnego dnia to wszystko się zmienia-na podwórku zwyczajnej kamienicy zjawiają się trzy koty: matka z dwoma młodymi, zaniedbane, chude, nieufne. Zycie kota we współczesnym mieście jest trudne: „Miasto przestało być dla niech przyjazne; kocie życie najeżone było trudnościami”. Stopniowo znikała kocia nieufność i bariery między ludźmi, sąsiedzi zaczęli mieć imiona, osobowość, nawyki: Pani Irena, to ta która pierwsza zaczęła karmić kocić rodzinę, Hubert, to nastolatek budujący domek z kartonu, pan Darek kupił elegancką budę dla psów, gdy skromny karton począł uczucia estetyczne niechętnych kotom mieszkańców kamienicy. I tak od kawałka wątróbki, miseczki mleka, zwykłego ludzkiego odruchu Nowakowski wyprowadza poczucie wspólnoty łączące kamienice i jej mieszkańców.
Autor tworzy ciepłą, optymistyczną bajkę, nawet tragiczna śmierć jednego z kotów nie zakłóca sielskiej atmosfery opowieści. Historia jest tyle ciepła, co błaha. Kilka banalnych przemyśleń na temat kotów: „kot to nomada”, „koty chodzą własnymi ścieżkami”, styka się z optymistycznymi prognozami: „świat się zmienia, ale zawsze znajdzie się miseczka mleka dla bezdomnego kota, bo nie wszyscy ludzie są źli”. Dramatyczne wydarzenia, które wstrząsają lokalną społecznością (zniknięcie kotów, tajemnicza śmierć jednego z nich) nie zakłócają radosnego wydźwięku całej opowiastki o kotach trzech jednoczących prawie całą kamienicę.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Z cyklu przychodzi pani do księgarni powkurzać księgarza...
Wyjątkowo ten sezon podręcznikowy obfituje w spokojnych, zrównoważonych klientów, zaopatrzonych w rzetelne listy podręcznikowe, którzy nawet potrafią zapamiętać do której klasy ich dziecię uczęszcza.Niestety, zdarzają się także jednostki "wybitne", przez które nabawiłam sie kilkakrotnie czkawki (sprobujcie rozmawiać z człowiekiem, jednocześnie wyjąc w środku ze śmiechu-czkawka murowana).
-Dzień dobry, czy obsługujecie podręczniki? (taaaaa..., czeszemy, malujemy, nawet jakiś masaz możemy im strzelić...)
-Taka ksiażka, "Jezus kocha i zabawia" jest? ( w tym momencie kolega prychnął, schylił sie i udając, że naprawia drukarkę, zaczął bezgłośnie łkać w mankiet)
Stoję przy witrynie i przyczepiem mocno absorbujący oko (by nie rzec oczoje...)plakat, na którym dominują barwy czerwona i żołta oraz wielki napis: "Rabat na podręczniki". Podchodzi do mnie pani, zerka, jak morduję się z wieeeeeelka płachtą papieru i tasma klejąca, po czym oczywiście pyta: "Podręczniki som?" ( z naciskiem na końcowe "m")
-Dzien dobry, czy są podręczniki? w sumie to jeszcze listy nie mam, tylko chciałem zapytać o cenę kompletu do III c...
Najlepsza i tak była pani, ktora wydała 200 złotych na pomoce naukowe, z rozbrajającym usmiechem mówiąc przy kasie: "Bo mój syn, to strasznie głupi jest"...nie ma jak wsparcie od własnej matki...
-Dzień dobry, czy obsługujecie podręczniki? (taaaaa..., czeszemy, malujemy, nawet jakiś masaz możemy im strzelić...)
-Taka ksiażka, "Jezus kocha i zabawia" jest? ( w tym momencie kolega prychnął, schylił sie i udając, że naprawia drukarkę, zaczął bezgłośnie łkać w mankiet)
Stoję przy witrynie i przyczepiem mocno absorbujący oko (by nie rzec oczoje...)plakat, na którym dominują barwy czerwona i żołta oraz wielki napis: "Rabat na podręczniki". Podchodzi do mnie pani, zerka, jak morduję się z wieeeeeelka płachtą papieru i tasma klejąca, po czym oczywiście pyta: "Podręczniki som?" ( z naciskiem na końcowe "m")
-Dzien dobry, czy są podręczniki? w sumie to jeszcze listy nie mam, tylko chciałem zapytać o cenę kompletu do III c...
Najlepsza i tak była pani, ktora wydała 200 złotych na pomoce naukowe, z rozbrajającym usmiechem mówiąc przy kasie: "Bo mój syn, to strasznie głupi jest"...nie ma jak wsparcie od własnej matki...
niedziela, 21 sierpnia 2011
Nakręcana dziewczyna
Dawno nie utknęłam na tak długo w czyimś świecie, na tydzień porzuciłam nawet swój zwyczaj czytania kilku książek na raz, była tylko „Nakręcana dziewczyna…”
Jestem zagorzałą miłośniczką fantasy, smoki zawsze przemawiały do mnie bardziej , niż statki kosmiczne. Mam wprawdzie na półce kilka tomów wydawanych sto lat temu przez Prószyńskiego antologii opowiadań nagradzanych Nebulą, ale książki te giną w zalewie opowieści o elfach, magach i wielkich facetach z jeszcze większymi mieczami. Zaufałam jednak pewnemu księgarzowi, który Bacigalupiego zachwalał i utknęłam na dobry tydzień w niesamowitym świecie.
To proza mocno zaangażowana, na tyle, że autor zyskał łatkę pisarza zajmującego się fantastyka ekologiczną; poniekąd to nie dziwi, dużo miejsca w jego twórczości zajmuje genetyka, zmiany spowodowane w świecie przez ingerencję człowieka w naturalne prawa, autor kreuje przerażające wizje świata, który tak naprawdę nie ma prawa już istnieć: wyeksploatowanego do cna, zaludnionego przez ludzi walczących o każdy kolejny dzień. Nie jest to jednak proza oferująca spektakularne kataklizmy w rodzaju wielkich wybuchów, czy też epidemii. Wyniszczenie i degradacja gatunku ludzkiego są naturalną konsekwencją trwających od wielu lat działań ludzi. Modyfikowane genetycznie zwierzęta, coraz liczniejsze odmiany chorób, na które nie ma lekarstwa, kurczące się zasoby żywności, coraz bardziej widoczny podział na bogatych i biednych.
Książka dzieli się na dwie części: opowiadania i powieść „Nakręcana dziewczyna”. Tematyka jest przeróżna: modyfikowana genetycznie żywność (temat jakże na czasie), mutacje, jakim podlega ludzkość, ingerowanie w organizm człowieka (przejmujące „Maleńkie ofiary” i doskonała „Fletka”). Pisarz pokazuje, że twórczość wynikająca w dużej mierze z osobistych zapatrywań na świat nie musi być ordynarną propagandą, lecz może być naprawdę świetną prozą.
Każde z opowiadań przynosi inną , lecz za każdym razem przejmującą, wizję przyszłości. Mamy zatem Nowy York zalany wodą, w którym ludzie poprzez przyjmowanie pewnego leku mogą żyć wiecznie. To świat celebrujący sztukę, w którym próby muzyczne trwają nawet kilkanaście lat, to także świat w którym walką z przeludnieniem jest …strzelanie do „nielegalnie” rodzonych dzieci. Mocne? A co powiecie na rzeczywistość zmuszającą kobiety do rodzenia zdeformowanych , skazanych na śmierć zaraz po urodzeniu dzieci, tylko po to by oczyścić organizm matki, na tyle by mogła rodzić kolejne, tym razem zdrowe?
Bohaterowie innych opowiadań żyją na pustyni, gdzie wodą rządzą korporacje, także korporacje odpowiedzialne są za plagi, ciągle mutujące choroby atakujące wszystko, co żywe. Jest także opowiadanie w którym ludzie są praktycznie niezniszczalni, odporni na choroby i urazy, dzięki zaawansowanym technologiom mogą żywić się choćby piaskiem i odcinać swoje kończyny dla perwersyjnych zabaw.
To książka „wielokrotnego użytku”, jedna z tych do których można wracać co jakiś czas i zawsze znaleźć coś nowego. Bogactwo szczegółów, wielowymiarowość relacji międzyludzkich, złożone postacie, fascynujące wizje przyszłości-to wszystko sprawia, że recenzja „Nakręcanej dziewczyny” może być tylko jednym, wielkim peanem pochwalnym.
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Mag
Wydanie polskie: 1/2011
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 720
Cena z okładki: 55 zł
Jestem zagorzałą miłośniczką fantasy, smoki zawsze przemawiały do mnie bardziej , niż statki kosmiczne. Mam wprawdzie na półce kilka tomów wydawanych sto lat temu przez Prószyńskiego antologii opowiadań nagradzanych Nebulą, ale książki te giną w zalewie opowieści o elfach, magach i wielkich facetach z jeszcze większymi mieczami. Zaufałam jednak pewnemu księgarzowi, który Bacigalupiego zachwalał i utknęłam na dobry tydzień w niesamowitym świecie.
To proza mocno zaangażowana, na tyle, że autor zyskał łatkę pisarza zajmującego się fantastyka ekologiczną; poniekąd to nie dziwi, dużo miejsca w jego twórczości zajmuje genetyka, zmiany spowodowane w świecie przez ingerencję człowieka w naturalne prawa, autor kreuje przerażające wizje świata, który tak naprawdę nie ma prawa już istnieć: wyeksploatowanego do cna, zaludnionego przez ludzi walczących o każdy kolejny dzień. Nie jest to jednak proza oferująca spektakularne kataklizmy w rodzaju wielkich wybuchów, czy też epidemii. Wyniszczenie i degradacja gatunku ludzkiego są naturalną konsekwencją trwających od wielu lat działań ludzi. Modyfikowane genetycznie zwierzęta, coraz liczniejsze odmiany chorób, na które nie ma lekarstwa, kurczące się zasoby żywności, coraz bardziej widoczny podział na bogatych i biednych.
Książka dzieli się na dwie części: opowiadania i powieść „Nakręcana dziewczyna”. Tematyka jest przeróżna: modyfikowana genetycznie żywność (temat jakże na czasie), mutacje, jakim podlega ludzkość, ingerowanie w organizm człowieka (przejmujące „Maleńkie ofiary” i doskonała „Fletka”). Pisarz pokazuje, że twórczość wynikająca w dużej mierze z osobistych zapatrywań na świat nie musi być ordynarną propagandą, lecz może być naprawdę świetną prozą.
Każde z opowiadań przynosi inną , lecz za każdym razem przejmującą, wizję przyszłości. Mamy zatem Nowy York zalany wodą, w którym ludzie poprzez przyjmowanie pewnego leku mogą żyć wiecznie. To świat celebrujący sztukę, w którym próby muzyczne trwają nawet kilkanaście lat, to także świat w którym walką z przeludnieniem jest …strzelanie do „nielegalnie” rodzonych dzieci. Mocne? A co powiecie na rzeczywistość zmuszającą kobiety do rodzenia zdeformowanych , skazanych na śmierć zaraz po urodzeniu dzieci, tylko po to by oczyścić organizm matki, na tyle by mogła rodzić kolejne, tym razem zdrowe?
Bohaterowie innych opowiadań żyją na pustyni, gdzie wodą rządzą korporacje, także korporacje odpowiedzialne są za plagi, ciągle mutujące choroby atakujące wszystko, co żywe. Jest także opowiadanie w którym ludzie są praktycznie niezniszczalni, odporni na choroby i urazy, dzięki zaawansowanym technologiom mogą żywić się choćby piaskiem i odcinać swoje kończyny dla perwersyjnych zabaw.
To książka „wielokrotnego użytku”, jedna z tych do których można wracać co jakiś czas i zawsze znaleźć coś nowego. Bogactwo szczegółów, wielowymiarowość relacji międzyludzkich, złożone postacie, fascynujące wizje przyszłości-to wszystko sprawia, że recenzja „Nakręcanej dziewczyny” może być tylko jednym, wielkim peanem pochwalnym.
Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Mag
Wydanie polskie: 1/2011
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 720
Cena z okładki: 55 zł
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Jedna z tych strasznych bajek…
Debiutancka powieść Petera Brett’a szybko zdobyła wielbicieli na całym świecie, dość powiedzieć, że prawa do niej zakupiono w 11 krajach. Co takiego jest zatem w tej historii, że zabrała kilka nocnych godzin także i mnie?
Przede wszystkim na uwagę zasługuje świat: Brett stworzył uniwersum w którym ludzie są stworzeniami skazanymi na strach przed ciemnością. Kiedy świeci słońce ich egzystencja wygląda w miarę normalnie, jednak z chwila gdy zapada zmrok, na powierzchni pojawiają się demony. Trzebiona ich atakami ludzkość skrywa się za murami otoczonymi magicznymi runami i stara się dotrwać do pierwszych promieni słonecznych.
Osady ludzkie pozbijane są w małe grupki, podróżowanie między miastami jest praktycznie niemożliwe-noc na szlaku to pewna śmierć. Demony są wszędzie: morskie, powietrzne, pustynne, drzewne; coraz liczniejsze i coraz bardziej bezczelne w świecie, gdzie tylko nieliczni ośmielają się z nimi walczyć, a cała reszta chowa się za osłoną runów, których mocy tak naprawdę nikt już nie rozumie.
Autorowi udało się stworzyć spójną i przekonywującą rzeczywistość, w której jedynymi łącznikami między miastami są dzielni konni Posłańcy z przenośnymi kręgami runicznymi. To oni podróżują między jedną osadą, a drugą przewożąc przyprawy, lekarstwa i przede wszystkim listy. Jest to praca ogromnie niebezpieczna, jeżeli człowiek, wie, że nawet podmuch wiatru może odwrócić run i uszkodzić osłonę za która wedrą się głodne demony. Mimo takich ograniczeń, ludzie żyją, kochają się, knują, biją, politykują- to wszystko co zwykli robić ludzie, nawet jeśli nocami płaczą w poduszkę ze strachu, bądź opłakują utraconych bliskich.
Autor wprowadza na scenę trojkę protagonistów, rodem z klasycznej bajki: mamy zatem rycerza, piękną dziewczynę i grajka. Zanim jednak się nimi staną są dziećmi, które po kolei coś tracą.
Posłaniec Arlen przez tchórzostwo ojca stracił matkę i w konsekwencji rodzinę, piękna Leesha staje się obiektem nienawiści własnej matki i całej wsi, tracąc poczucie bezpieczeństwa, zaś mały Rojer, w przyszłości świetny minstrel, musi patrzeć na śmierć rodziców, atak demonów dodatkowo przypłacając utrata palców. Te okrutne wydarzenia są udziałem wielu współczesnych naszych bohaterów, jednak w ich przypadku ofiara poniesiona w dzieciństwie staje się pewnego rodzaju zapłatą za przyspieszone dojrzewanie i niezgodę na otaczającą rzeczywistość. Każdy z bohaterów pójdzie inna drogą, ale cała trójka napędzana będzie jednym pragnieniem: pozbycia się tych cholernych demonów raz na zawsze!
Czytelnikowi dane będzie oglądanie procesu dojrzewania dzielnej trójki, z których na pierwszy plan wybija się Arlen, początkowo zwykły Posłaniec, ogarnięty jednak pragnieniem eksplorowania coraz większych terenów zapuszcza się nawet w pustynne kraje, gdzie poznaje plemię, które walczy z demonami. Walka ramię w ramię z ludźmi, których życiowym celem jest zgładzenie jak największej ilości demonów zmienia Arlena całkowicie, tak, jak tajemnicze znalezisko w opuszczonych ruinach.
Historia tocząca się przez kilkaset stron nie nuży ani przez chwilę, narrator naprzemiennie ukazuje nam losy całej trójki bohaterów, nie zaniedbując przy tym ani trochę otaczającego ich tła. Drobiazgowo opisany świat jest wspaniałym tłem dla poczynań interesujących bohaterów; koniecznie trzeba tez wspomnieć o demonach, których różnorodność naprawdę robi wrażenie. Nie mamy do czynienia z kilkoma stworami wrzucanymi co kilka stron na zasadzie ‘kopiuj-wklej”, tylko przebogatym bestiariuszem, który naprawdę robi wrażenie.
Zatem; czytać, nie wahać się ani trochę.
Przede wszystkim na uwagę zasługuje świat: Brett stworzył uniwersum w którym ludzie są stworzeniami skazanymi na strach przed ciemnością. Kiedy świeci słońce ich egzystencja wygląda w miarę normalnie, jednak z chwila gdy zapada zmrok, na powierzchni pojawiają się demony. Trzebiona ich atakami ludzkość skrywa się za murami otoczonymi magicznymi runami i stara się dotrwać do pierwszych promieni słonecznych.
Osady ludzkie pozbijane są w małe grupki, podróżowanie między miastami jest praktycznie niemożliwe-noc na szlaku to pewna śmierć. Demony są wszędzie: morskie, powietrzne, pustynne, drzewne; coraz liczniejsze i coraz bardziej bezczelne w świecie, gdzie tylko nieliczni ośmielają się z nimi walczyć, a cała reszta chowa się za osłoną runów, których mocy tak naprawdę nikt już nie rozumie.
Autorowi udało się stworzyć spójną i przekonywującą rzeczywistość, w której jedynymi łącznikami między miastami są dzielni konni Posłańcy z przenośnymi kręgami runicznymi. To oni podróżują między jedną osadą, a drugą przewożąc przyprawy, lekarstwa i przede wszystkim listy. Jest to praca ogromnie niebezpieczna, jeżeli człowiek, wie, że nawet podmuch wiatru może odwrócić run i uszkodzić osłonę za która wedrą się głodne demony. Mimo takich ograniczeń, ludzie żyją, kochają się, knują, biją, politykują- to wszystko co zwykli robić ludzie, nawet jeśli nocami płaczą w poduszkę ze strachu, bądź opłakują utraconych bliskich.
Autor wprowadza na scenę trojkę protagonistów, rodem z klasycznej bajki: mamy zatem rycerza, piękną dziewczynę i grajka. Zanim jednak się nimi staną są dziećmi, które po kolei coś tracą.
Posłaniec Arlen przez tchórzostwo ojca stracił matkę i w konsekwencji rodzinę, piękna Leesha staje się obiektem nienawiści własnej matki i całej wsi, tracąc poczucie bezpieczeństwa, zaś mały Rojer, w przyszłości świetny minstrel, musi patrzeć na śmierć rodziców, atak demonów dodatkowo przypłacając utrata palców. Te okrutne wydarzenia są udziałem wielu współczesnych naszych bohaterów, jednak w ich przypadku ofiara poniesiona w dzieciństwie staje się pewnego rodzaju zapłatą za przyspieszone dojrzewanie i niezgodę na otaczającą rzeczywistość. Każdy z bohaterów pójdzie inna drogą, ale cała trójka napędzana będzie jednym pragnieniem: pozbycia się tych cholernych demonów raz na zawsze!
Czytelnikowi dane będzie oglądanie procesu dojrzewania dzielnej trójki, z których na pierwszy plan wybija się Arlen, początkowo zwykły Posłaniec, ogarnięty jednak pragnieniem eksplorowania coraz większych terenów zapuszcza się nawet w pustynne kraje, gdzie poznaje plemię, które walczy z demonami. Walka ramię w ramię z ludźmi, których życiowym celem jest zgładzenie jak największej ilości demonów zmienia Arlena całkowicie, tak, jak tajemnicze znalezisko w opuszczonych ruinach.
Historia tocząca się przez kilkaset stron nie nuży ani przez chwilę, narrator naprzemiennie ukazuje nam losy całej trójki bohaterów, nie zaniedbując przy tym ani trochę otaczającego ich tła. Drobiazgowo opisany świat jest wspaniałym tłem dla poczynań interesujących bohaterów; koniecznie trzeba tez wspomnieć o demonach, których różnorodność naprawdę robi wrażenie. Nie mamy do czynienia z kilkoma stworami wrzucanymi co kilka stron na zasadzie ‘kopiuj-wklej”, tylko przebogatym bestiariuszem, który naprawdę robi wrażenie.
Zatem; czytać, nie wahać się ani trochę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







