- Proszę mi polecić książkę, powiedzmy, że dla kobiety.
-Czy ma pani te książki z szeleszczącymi stronami?
-Naciśnij mnie... znaczy się, czy ta książka jest?
-Proszę mi polecić coś dla mamy, coś ambitnego, hm...o nowa Szwaja!
-Pani mi to zapakuje na prezent? ale taki męski papier poproszę (tutaj moja wizja papieru do pakowania prężącego muskuły i prezentującego macho zarost spowodowała u mnie gwałtowny atak czkawki)
-a Wałęsowa jest? (tak, trzymamy ją na zapleczu w szafie...)
I moje ukochane, standardowe: -Proszę mi polecić coś dla dziecka, które nie lubi czytać.
środa, 21 grudnia 2011
wtorek, 13 grudnia 2011
Magia świąt ....
...nie na każdego działa. Dowodem historia znajomego księgarza, zapytanego przez sympatycznego staruszka o cenę Biblii. Rzeczony staruszek,w odpowiedzi na cenę rzucił uprzejme: "zdechnij i złam nogę", po czym raźno wymaszerował z księgarnii. Riposty ciętej nie było, bo wszyscy z otwartymi ustami patrzyli na dziadygę...
Z góry uprzedzam- cena nie była powalająca;)....
I jak tu nie czuć atmosfery świąt?:)
Z góry uprzedzam- cena nie była powalająca;)....
I jak tu nie czuć atmosfery świąt?:)
wtorek, 6 grudnia 2011
Blondynka stulecia
Blondynka, której twarz zna prawie każdy mieszkaniec ziemi: twarz zdziwionego dziecka, będąca majstersztykiem sztuki fotograficznej i efektem długiej pracy makijażystów. „Metamorfozy…” są albumem poświęconym najsłynniejszej blondynce wszechczasów, nie starającym się analizować jej fenomenu, lecz przedstawić ewolucję od pulchnej Normy Jean do symbolu seksu.
Od razu trzeba zastrzec, że książka raczej nie zachwyci prawdziwych fanów M.M., jej autorzy skoncentrowali się przede wszystkim na fotografiach aktorki, opatrując je co prawda komentarzem w postaci jakiegoś cytatu, ale wartość literacka całości jest raczej znikoma. Nie podnosi jej także pompatyczny wstęp, rażący fatalnym stylem i cukierkowatą melodramatycznością: M.M. przedstawiona jest w nim „(…) niczym bogini obdarzona pięknem tak delikatnym, że może się ulotnić w każdej chwili”, zaś jej śmierć opisana jest następującymi słowami: „(…) jak Ikar opuściła świat w momencie, kiedy wnosiła się ku słońcu”.
Na szczęście główna wartość książki nie zasadza się na słowie pisanym, lecz na zebranych, licznych wizerunkach aktorki. Możemy bardzo dokładnie przyjrzeć się ewoluującemu jak wizerunkowi M.M, starannie wypracowanemu, lecz sprawiającemu bardzo naturalne wrażenie. W pamięci wielu widzów jest archetypiczne niemalże zdjęcie blondynki w białej sukni, która roześmiana stoi nad kratką metra, „Metamorfozy..” pokazują jednak wiele twarzy Normy Jean. Chronologiczny układ pozwala śledzić nie tylko zmianę wypracowanego image’u, ale także pokazuje, jak starannie i precyzyjnie był on adaptowany do każdej epoki. „W latach czterdziestych Monroe była typową powojenną modelką z pism dla mężczyzn, w latach pięćdziesiątych zamieniła się w bombową blondynkę ery atomowej, by w sześćdziesiątych stać się wyrafinowaną boginią o platynowych włosach.”
Przepiękne zdjęcia dokumentują pięć etapów z życia aktorki: początki kariery modelki, gdy była ciut pulchną, ale śliczną dziewczyną z sąsiedztwa. Moment, gdy od 1947 rozpoczęła karierę filmową i po raz pierwszy zafarbowała swoje włosy na blond. Chwilę wybuchu największej popularności, czyli datę 1952 i następujące kolejno trzy lata, gdy zachwycała widzów w „Jak poślubić milionera”, czy też „Mężczyźni wolą blondynki”. Ten okres to Monroe, jaką ludzie najczęściej kojarzą: seksowna, energiczna i wiecznie roześmiana. To z tego okresu pochodzą zdjęcia, które weszły na stałe do kultury popularnej: przytoczone już przeze mnie ujęcie ze „Słomianego wdowca”, aktorka odciskająca swoją dłoń w cemencie, czy też śpiewająca dla żołnierzy w Korei. Lata 1955-1961, to ciągle obcisłe suknie, lecz subtelniejszy makijaż i taki kinowy hit, jak „Pół żartem, pół serio”. Okres poprzedzający śmierć aktorki, to zdjęcia ukazujące subtelniejszą, dużo szczuplejszą Marilyn.
Piękne, różnorodne zdjęcia pozwalają na obcowanie z fenomenem nie tylko kina, ale kultury popularnej; z aktorką, która obok Audrey Hepburn stanowi ikonę kobiecości, ikonę stylu. Dlatego też pomimo drobnych wad, jakimi niewątpliwie są literackie wtręty, często ocierające się o grafomanię, „Metamorfozy…” stanowią prawdziwą gratkę dla miłośników samej aktorki, kina i pięknych zdjęć.
Od razu trzeba zastrzec, że książka raczej nie zachwyci prawdziwych fanów M.M., jej autorzy skoncentrowali się przede wszystkim na fotografiach aktorki, opatrując je co prawda komentarzem w postaci jakiegoś cytatu, ale wartość literacka całości jest raczej znikoma. Nie podnosi jej także pompatyczny wstęp, rażący fatalnym stylem i cukierkowatą melodramatycznością: M.M. przedstawiona jest w nim „(…) niczym bogini obdarzona pięknem tak delikatnym, że może się ulotnić w każdej chwili”, zaś jej śmierć opisana jest następującymi słowami: „(…) jak Ikar opuściła świat w momencie, kiedy wnosiła się ku słońcu”.
Na szczęście główna wartość książki nie zasadza się na słowie pisanym, lecz na zebranych, licznych wizerunkach aktorki. Możemy bardzo dokładnie przyjrzeć się ewoluującemu jak wizerunkowi M.M, starannie wypracowanemu, lecz sprawiającemu bardzo naturalne wrażenie. W pamięci wielu widzów jest archetypiczne niemalże zdjęcie blondynki w białej sukni, która roześmiana stoi nad kratką metra, „Metamorfozy..” pokazują jednak wiele twarzy Normy Jean. Chronologiczny układ pozwala śledzić nie tylko zmianę wypracowanego image’u, ale także pokazuje, jak starannie i precyzyjnie był on adaptowany do każdej epoki. „W latach czterdziestych Monroe była typową powojenną modelką z pism dla mężczyzn, w latach pięćdziesiątych zamieniła się w bombową blondynkę ery atomowej, by w sześćdziesiątych stać się wyrafinowaną boginią o platynowych włosach.”
Przepiękne zdjęcia dokumentują pięć etapów z życia aktorki: początki kariery modelki, gdy była ciut pulchną, ale śliczną dziewczyną z sąsiedztwa. Moment, gdy od 1947 rozpoczęła karierę filmową i po raz pierwszy zafarbowała swoje włosy na blond. Chwilę wybuchu największej popularności, czyli datę 1952 i następujące kolejno trzy lata, gdy zachwycała widzów w „Jak poślubić milionera”, czy też „Mężczyźni wolą blondynki”. Ten okres to Monroe, jaką ludzie najczęściej kojarzą: seksowna, energiczna i wiecznie roześmiana. To z tego okresu pochodzą zdjęcia, które weszły na stałe do kultury popularnej: przytoczone już przeze mnie ujęcie ze „Słomianego wdowca”, aktorka odciskająca swoją dłoń w cemencie, czy też śpiewająca dla żołnierzy w Korei. Lata 1955-1961, to ciągle obcisłe suknie, lecz subtelniejszy makijaż i taki kinowy hit, jak „Pół żartem, pół serio”. Okres poprzedzający śmierć aktorki, to zdjęcia ukazujące subtelniejszą, dużo szczuplejszą Marilyn.
Piękne, różnorodne zdjęcia pozwalają na obcowanie z fenomenem nie tylko kina, ale kultury popularnej; z aktorką, która obok Audrey Hepburn stanowi ikonę kobiecości, ikonę stylu. Dlatego też pomimo drobnych wad, jakimi niewątpliwie są literackie wtręty, często ocierające się o grafomanię, „Metamorfozy…” stanowią prawdziwą gratkę dla miłośników samej aktorki, kina i pięknych zdjęć.
wtorek, 29 listopada 2011
Życie
" (...) Życie, wbrew temu, co wielu sądzi, nie toczy się cały czas. Kilka godzin w tygodniu, na tyle można było liczyć, w sumie czternaście dni w roku; pozostały czas- to szare, wlokące się bez końca pieprzone skaranie boskie-było czymś zupełnie innym"
"Drugie życie pana Roosa"
H.Nesser
"Drugie życie pana Roosa"
H.Nesser
środa, 23 listopada 2011
Gustaw i ja
Heh...Są ksiązki, które powstały właściwie nie wiadomo po co...i do takich niestety należy "Gustaw i ja".
Po biografii związku dwojga aktorów, ludzi którzy przeszli do historii kina i teatru, spodziewałam się dużo więcej. Zwłaszcza, że w pamięci mam setki anegdotek, którymi sypał Holoubek przy każdej okazji, jego cudowne poczucie humoru i niesamowitą inteligencję i wrażliwość.
Lektura zajęła mi niewiele czasu, ale i tak zamiast tego powinnam obejrzeć jakis odcinek "Pana Michała" i nie psuć sobie obrazu Magdy Zawadzkiej.
Nudna, uładzona, nudna, pełna gładkich słówek, niewiele wnosząca do obrazu aktorskiego małżenstwa, nudna i jeszcze raz nudna książka. Ciągle przypominały mi się wywiady z "Twojego Stylu"- mnóstwo banałów, gładkich słowek i tak naprawdę niewiele z nich wynika, nawet jesli rozmówca jest ciekawą personą, to i tak wszystko wygląda jak od jednej sztancy. Z książką pani Zawadzkiej jest tak samo, a najgorszy jest styl; oto jak wygląda relacja z wyjazdu na olimpiadę do Monachium:
"Niestety, radość i entuzjazm przerywa brutalny atak terrorystyczny-giną niewinni sportowcy. Zło zwycięża, zniszczono piękną ideę olimpijską. Pełni smutku i lęku wracamy do Warszawy". Kilkadziesiat stron dalej po ataku na Amerykę pamiętnego września, "pełni smutku i lęku" państwo Holoubkowie wracają do Polski...
I tak jest przez trzysta stron...dodatkowo objętość sztucznie napędzana przez fragmenty recenzji ale tylko jednego spektaklu, mnóstwo zdjęć i rozdziały, których idea pozostaje dla mnie zupełnie niezrozumiała: jak wynurzenia autorki o modzie.
Totalnie nieporozumienie, ale na pocieszenie dodam, że pięknie wydane;)
Po biografii związku dwojga aktorów, ludzi którzy przeszli do historii kina i teatru, spodziewałam się dużo więcej. Zwłaszcza, że w pamięci mam setki anegdotek, którymi sypał Holoubek przy każdej okazji, jego cudowne poczucie humoru i niesamowitą inteligencję i wrażliwość.
Lektura zajęła mi niewiele czasu, ale i tak zamiast tego powinnam obejrzeć jakis odcinek "Pana Michała" i nie psuć sobie obrazu Magdy Zawadzkiej.
Nudna, uładzona, nudna, pełna gładkich słówek, niewiele wnosząca do obrazu aktorskiego małżenstwa, nudna i jeszcze raz nudna książka. Ciągle przypominały mi się wywiady z "Twojego Stylu"- mnóstwo banałów, gładkich słowek i tak naprawdę niewiele z nich wynika, nawet jesli rozmówca jest ciekawą personą, to i tak wszystko wygląda jak od jednej sztancy. Z książką pani Zawadzkiej jest tak samo, a najgorszy jest styl; oto jak wygląda relacja z wyjazdu na olimpiadę do Monachium:
"Niestety, radość i entuzjazm przerywa brutalny atak terrorystyczny-giną niewinni sportowcy. Zło zwycięża, zniszczono piękną ideę olimpijską. Pełni smutku i lęku wracamy do Warszawy". Kilkadziesiat stron dalej po ataku na Amerykę pamiętnego września, "pełni smutku i lęku" państwo Holoubkowie wracają do Polski...
I tak jest przez trzysta stron...dodatkowo objętość sztucznie napędzana przez fragmenty recenzji ale tylko jednego spektaklu, mnóstwo zdjęć i rozdziały, których idea pozostaje dla mnie zupełnie niezrozumiała: jak wynurzenia autorki o modzie.
Totalnie nieporozumienie, ale na pocieszenie dodam, że pięknie wydane;)
czwartek, 17 listopada 2011
Lubię ten listopad...
...bo sprzedaję na kopy mądrych książek, tonami "Cmentarz w Pradze", kilogramami "Marzenie Celta", nowego Konwickiego, kilkadziesiąt egzemplarzy "Cholonka" już poszło w świat.
Nowy "pan od banałów" leży i się kurzy, czasami jakaś egzaltowana nastolatka zapiszczy na jego widok i kupi egzemplarz, płacąc kartą z wizerunkiem szczeniaków, ale ogólnie rzecz biorąc nie jest źle. Daleko mi jeszcze do modelowej księgarni, jaką wyobrażałam sobie w dzieciństwie- panie ubrane na czarno sączą herbatę z filiżanek o omawiają perypetie księcia Myszkina, ale jest dobrze. Nareszcie nikt nie próbuje mnie przekonywać, że "Alchemik", to arcydzieło literackie na miarę "Imienia róży";)
Humoru nie psuje nawet odgórna dyrektywa wieszania ozdób świątecznych, co tam, od dwóch tygodni gapię się na choinki w sklepie naprzeciwko...
Nowy "pan od banałów" leży i się kurzy, czasami jakaś egzaltowana nastolatka zapiszczy na jego widok i kupi egzemplarz, płacąc kartą z wizerunkiem szczeniaków, ale ogólnie rzecz biorąc nie jest źle. Daleko mi jeszcze do modelowej księgarni, jaką wyobrażałam sobie w dzieciństwie- panie ubrane na czarno sączą herbatę z filiżanek o omawiają perypetie księcia Myszkina, ale jest dobrze. Nareszcie nikt nie próbuje mnie przekonywać, że "Alchemik", to arcydzieło literackie na miarę "Imienia róży";)
Humoru nie psuje nawet odgórna dyrektywa wieszania ozdób świątecznych, co tam, od dwóch tygodni gapię się na choinki w sklepie naprzeciwko...
wtorek, 8 listopada 2011
O macierzyństwie na sześć głosów.
Autobiograficzna powieść Safak pokazuje, że można pisać o trudnych sprawach w sposób zrozumiały, ciekawy; bez przesadnego sentymentalizmu i popadania w patos. Aż trudno w to uwierzyć, ale historia zmagania się z własną cielesnością, buntowania się przeciw schematom i w końcu: opowieść o depresji poporodowej; mogą być lekturą nie tylko zmuszającą do myślenia, ale także sprawiająca po prostu przyjemność.
Najbardziej osobista książka tureckiej pisarki jest opisem: dojrzewania do macierzyństwa, strachu przed wtłoczeniem w schemat kobiety-matki; stawiającej swoje dziecko na pierwszym miejscu, zapominającej o własnych potrzebach i aspiracjach. Safak nie waha się pisać o macierzyństwie, jako o trudnej pracy, czymś niewdzięcznym i niełatwym, nie waha się także głośno zastanawiać, czy urodzenie dziecka jest warte możliwości zaprzepaszczenia kariery literackiej. „Czarne mleko” jest zapisem długich zmagań z samą sobą, rozpisanym na sześć głosów. Sześć miniaturowych kobiet odzwierciedla bowiem różne aspekty osobowości autorki- jej wewnętrzny harem składa się z skrajnie różnych postaci, choćby takich, Panna Ambicja Czechowska, czy też Panna Intelektualistka Cyniczna. W ten żartobliwy sposób Safak pokazuje swoje wewnętrzne rozdarcie, między pragnieniem posiadania dziecka, a próbą zachowania własnej autonomii. Miniaturowe kobietki walczą o władzę, co rusz próbując przekonać pisarkę do swojej wizji świata: tej z dziećmi i mężem, lub tej z majaczącą na horyzoncie Literacką Nagrodą Nobla.
Spotkanie mężczyzny życia, ślub z nim i ciąża stają się wydarzeniami, które wstrząsają dotychczasowy życiem autorki, dając asumpt do rozmyślań nad rolą kobiety we współczesnym świecie, macierzyństwem. Również trwająca rok depresja poporodowa zostaje przepracowana i staje się materiałem literackim, który może pomóc innym kobietom.
Przejmujący tekst oprócz bycia autobiograficzną historią, jest także erudycyjną lekcją literatury-turecka pisarka przygląda się życiu kobiet parających się twórczością literacką i w ich postępowaniu szuka wskazówek. Pisze o tych, które wybrały „rodzenie” książek, zamiast dzieci i o tych, które godziły wychowywanie swoich pociech z tworzeniem narracji. Dostajemy zatem do rąk krótkie eseje poświęcone Virginii Woolf, Sylvi Plath, czy też Doris Lessing. Niezwykła książka, godna polecenia, która : „(…) została napisana nie tylko dla matek, które przeżyły albo przeżyją podobną depresję, ale dla wszystkich – dla mężczyzn i kobiet, dla osób samotnych i małżeństw, dla rodziców i dzieci, dla pisarzy i czytelników – którzy czasami nie radzą sobie w życiu z mnogością ról do odegrania i obowiązków do spełnienia”
Najbardziej osobista książka tureckiej pisarki jest opisem: dojrzewania do macierzyństwa, strachu przed wtłoczeniem w schemat kobiety-matki; stawiającej swoje dziecko na pierwszym miejscu, zapominającej o własnych potrzebach i aspiracjach. Safak nie waha się pisać o macierzyństwie, jako o trudnej pracy, czymś niewdzięcznym i niełatwym, nie waha się także głośno zastanawiać, czy urodzenie dziecka jest warte możliwości zaprzepaszczenia kariery literackiej. „Czarne mleko” jest zapisem długich zmagań z samą sobą, rozpisanym na sześć głosów. Sześć miniaturowych kobiet odzwierciedla bowiem różne aspekty osobowości autorki- jej wewnętrzny harem składa się z skrajnie różnych postaci, choćby takich, Panna Ambicja Czechowska, czy też Panna Intelektualistka Cyniczna. W ten żartobliwy sposób Safak pokazuje swoje wewnętrzne rozdarcie, między pragnieniem posiadania dziecka, a próbą zachowania własnej autonomii. Miniaturowe kobietki walczą o władzę, co rusz próbując przekonać pisarkę do swojej wizji świata: tej z dziećmi i mężem, lub tej z majaczącą na horyzoncie Literacką Nagrodą Nobla.
Spotkanie mężczyzny życia, ślub z nim i ciąża stają się wydarzeniami, które wstrząsają dotychczasowy życiem autorki, dając asumpt do rozmyślań nad rolą kobiety we współczesnym świecie, macierzyństwem. Również trwająca rok depresja poporodowa zostaje przepracowana i staje się materiałem literackim, który może pomóc innym kobietom.
Przejmujący tekst oprócz bycia autobiograficzną historią, jest także erudycyjną lekcją literatury-turecka pisarka przygląda się życiu kobiet parających się twórczością literacką i w ich postępowaniu szuka wskazówek. Pisze o tych, które wybrały „rodzenie” książek, zamiast dzieci i o tych, które godziły wychowywanie swoich pociech z tworzeniem narracji. Dostajemy zatem do rąk krótkie eseje poświęcone Virginii Woolf, Sylvi Plath, czy też Doris Lessing. Niezwykła książka, godna polecenia, która : „(…) została napisana nie tylko dla matek, które przeżyły albo przeżyją podobną depresję, ale dla wszystkich – dla mężczyzn i kobiet, dla osób samotnych i małżeństw, dla rodziców i dzieci, dla pisarzy i czytelników – którzy czasami nie radzą sobie w życiu z mnogością ról do odegrania i obowiązków do spełnienia”
Subskrybuj:
Posty (Atom)



