Autobiograficzna powieść Safak pokazuje, że można pisać o trudnych sprawach w sposób zrozumiały, ciekawy; bez przesadnego sentymentalizmu i popadania w patos. Aż trudno w to uwierzyć, ale historia zmagania się z własną cielesnością, buntowania się przeciw schematom i w końcu: opowieść o depresji poporodowej; mogą być lekturą nie tylko zmuszającą do myślenia, ale także sprawiająca po prostu przyjemność.
Najbardziej osobista książka tureckiej pisarki jest opisem: dojrzewania do macierzyństwa, strachu przed wtłoczeniem w schemat kobiety-matki; stawiającej swoje dziecko na pierwszym miejscu, zapominającej o własnych potrzebach i aspiracjach. Safak nie waha się pisać o macierzyństwie, jako o trudnej pracy, czymś niewdzięcznym i niełatwym, nie waha się także głośno zastanawiać, czy urodzenie dziecka jest warte możliwości zaprzepaszczenia kariery literackiej. „Czarne mleko” jest zapisem długich zmagań z samą sobą, rozpisanym na sześć głosów. Sześć miniaturowych kobiet odzwierciedla bowiem różne aspekty osobowości autorki- jej wewnętrzny harem składa się z skrajnie różnych postaci, choćby takich, Panna Ambicja Czechowska, czy też Panna Intelektualistka Cyniczna. W ten żartobliwy sposób Safak pokazuje swoje wewnętrzne rozdarcie, między pragnieniem posiadania dziecka, a próbą zachowania własnej autonomii. Miniaturowe kobietki walczą o władzę, co rusz próbując przekonać pisarkę do swojej wizji świata: tej z dziećmi i mężem, lub tej z majaczącą na horyzoncie Literacką Nagrodą Nobla.
Spotkanie mężczyzny życia, ślub z nim i ciąża stają się wydarzeniami, które wstrząsają dotychczasowy życiem autorki, dając asumpt do rozmyślań nad rolą kobiety we współczesnym świecie, macierzyństwem. Również trwająca rok depresja poporodowa zostaje przepracowana i staje się materiałem literackim, który może pomóc innym kobietom.
Przejmujący tekst oprócz bycia autobiograficzną historią, jest także erudycyjną lekcją literatury-turecka pisarka przygląda się życiu kobiet parających się twórczością literacką i w ich postępowaniu szuka wskazówek. Pisze o tych, które wybrały „rodzenie” książek, zamiast dzieci i o tych, które godziły wychowywanie swoich pociech z tworzeniem narracji. Dostajemy zatem do rąk krótkie eseje poświęcone Virginii Woolf, Sylvi Plath, czy też Doris Lessing. Niezwykła książka, godna polecenia, która : „(…) została napisana nie tylko dla matek, które przeżyły albo przeżyją podobną depresję, ale dla wszystkich – dla mężczyzn i kobiet, dla osób samotnych i małżeństw, dla rodziców i dzieci, dla pisarzy i czytelników – którzy czasami nie radzą sobie w życiu z mnogością ról do odegrania i obowiązków do spełnienia”
wtorek, 8 listopada 2011
piątek, 28 października 2011
Na szybko
Szybki rzut oka w to miejsce i smutna konstatacja: skromna zawartość wpisów z października sugeruje, że w mijającym miesiącu było u mnie krucho z lekturami. Tymczasem jest wręcz przeciwnie: było tych książek dużo, niestety czasu na ich skomentowanie znacznie mniej. Zatem szybkim galopem podsumuje moje czytelnicze dokonania, by zniwelować przykre wrażenie zakurzonego bloga.
Książki Ch. Link- w ramach szukania dla klientów czegoś, co mogłabym porównać z dokonaniami pani Lackberg ( jest taki typ ludzi, którzy zaczynają wizytę w księgarni od prośby- „proszę mi coś znaleźć w stylu…”), sięgnęłam po kryminały niemieckiej pisarki i w ciągu tygodnia pochłonęłam wszystkie. Najbardziej urzekł mnie „Dom sióstr”, a rozczarowała „Wina aniołów”. Wciągająca intryga, szeroko zarysowane realia (odradzam czytelnikom, którzy nie lubią w kryminałach przebijać się przez długie opisy czyichś domów, ubrań itp.) Niektóre rozwiązania fabularne często się powtarzają-jak choćby morderca w postaci osoby uważanej za powszechną sierotkę, nie każdemu może się spodobać watek miłosny dominujący często intrygę, ale ja cieszę się, że pani Link napisała swoich książek aż 17.
Seria o wścibskiej reporterce autorstwa Marklund. „Studio Sex” czytałam jeszcze w wakacje, ale jakoś mnie nie wciągnęło. Jednak postanowiłam dać autorce drugą szansę i nie żałuję. Na blogu „Miasto książek” znalazłam zdanie pod którym podpisuje się obiema rekami: cała seria oparta jest na postaci, która można polubić, albo znienawidzić od razu. Annika jest bohaterką trudną do zaakceptowania- pozornie zimną, zawładniętą przez pracę. Silną kobietą, która nie dała się posadzić w domu przy dwójce dzieci, lecz nawet za cenę małżeństwa chce robić swoje. Opisy pracy gazety są równie wciągające, jak zagadki rozwiązywane przez dziennikarkę, choć rozwiązania niektórych są troszkę wydumane, z racji „Testament nobla”- jest według mnie najsłabszy.
„Siedlisko”- uwielbiałam ten serial z Anną Dymną, wychwalający wiejskie uroki na długo przed prozą pani Kalicińskiej. Książka nie zachwyciła nie w takim samym stopniu, głównie przez postać Krzysztofa, który w serialu był uroczym panem, granym przez Leonarda Pietraszka, a na kartach powieści bywa seksistowskim facetem, drobnymi krokami zmierzającym w kierunku kryzysu wieku średniego. Ale całość jest lekka, bynajmniej nie głupia- bez sentymentów odmalowany wizerunek mazurskiej wsi, gdzie bywa biednie, gdzie chłopi lubią sobie popić do nieprzytomności, a baby hodują kołtuna na głowie. Nie ma tutaj nic z sielskich wizerunków miejsca, gdzie wystarczy zapał i kilka desek, a znamy takie, oj znamy…
„Czarne mleko”- urzekła mnie ta autobiograficzna powieść, próba odpowiedzenia sobie na pytanie: czy literatura może być czymś najważniejszym w życiu kobiety? plus niezwykła erudycja autorki opowiadającej nam o kobietach parających się literaturą na przestrzeni dziejów i ich zmaganiach się z kobiecością, macierzyństwem, feminizmem.
Książki Ch. Link- w ramach szukania dla klientów czegoś, co mogłabym porównać z dokonaniami pani Lackberg ( jest taki typ ludzi, którzy zaczynają wizytę w księgarni od prośby- „proszę mi coś znaleźć w stylu…”), sięgnęłam po kryminały niemieckiej pisarki i w ciągu tygodnia pochłonęłam wszystkie. Najbardziej urzekł mnie „Dom sióstr”, a rozczarowała „Wina aniołów”. Wciągająca intryga, szeroko zarysowane realia (odradzam czytelnikom, którzy nie lubią w kryminałach przebijać się przez długie opisy czyichś domów, ubrań itp.) Niektóre rozwiązania fabularne często się powtarzają-jak choćby morderca w postaci osoby uważanej za powszechną sierotkę, nie każdemu może się spodobać watek miłosny dominujący często intrygę, ale ja cieszę się, że pani Link napisała swoich książek aż 17.
Seria o wścibskiej reporterce autorstwa Marklund. „Studio Sex” czytałam jeszcze w wakacje, ale jakoś mnie nie wciągnęło. Jednak postanowiłam dać autorce drugą szansę i nie żałuję. Na blogu „Miasto książek” znalazłam zdanie pod którym podpisuje się obiema rekami: cała seria oparta jest na postaci, która można polubić, albo znienawidzić od razu. Annika jest bohaterką trudną do zaakceptowania- pozornie zimną, zawładniętą przez pracę. Silną kobietą, która nie dała się posadzić w domu przy dwójce dzieci, lecz nawet za cenę małżeństwa chce robić swoje. Opisy pracy gazety są równie wciągające, jak zagadki rozwiązywane przez dziennikarkę, choć rozwiązania niektórych są troszkę wydumane, z racji „Testament nobla”- jest według mnie najsłabszy.
„Siedlisko”- uwielbiałam ten serial z Anną Dymną, wychwalający wiejskie uroki na długo przed prozą pani Kalicińskiej. Książka nie zachwyciła nie w takim samym stopniu, głównie przez postać Krzysztofa, który w serialu był uroczym panem, granym przez Leonarda Pietraszka, a na kartach powieści bywa seksistowskim facetem, drobnymi krokami zmierzającym w kierunku kryzysu wieku średniego. Ale całość jest lekka, bynajmniej nie głupia- bez sentymentów odmalowany wizerunek mazurskiej wsi, gdzie bywa biednie, gdzie chłopi lubią sobie popić do nieprzytomności, a baby hodują kołtuna na głowie. Nie ma tutaj nic z sielskich wizerunków miejsca, gdzie wystarczy zapał i kilka desek, a znamy takie, oj znamy…
„Czarne mleko”- urzekła mnie ta autobiograficzna powieść, próba odpowiedzenia sobie na pytanie: czy literatura może być czymś najważniejszym w życiu kobiety? plus niezwykła erudycja autorki opowiadającej nam o kobietach parających się literaturą na przestrzeni dziejów i ich zmaganiach się z kobiecością, macierzyństwem, feminizmem.
poniedziałek, 10 października 2011
Pistolet zamiast szminki.
Najpierw była seria rozmów publikowanych w „Twoim Stylu”, teraz otrzymujemy do rąk zbiór wywiadów z „wojennymi dziewczynami”, historie jedenastu polek, których młodość przypadła na czas drugiej wojny światowej. Łukasz Modelski oddaje głos niezwykłym kobietom, zadającym kłam stwierdzeniu, że wojna to męska rzecz.
Żadna z nich nie chce być nazywana bohaterką, wszystkie przyznają, że robiły tylko to co uważały za słuszne- ratowały żydowskie dzieci, brały udział w spektakularnych akcjach odbijania więźniów, egzekucjach na zdrajcach; jedna z bohaterek zapisała się do oddziału żywych torped…Codzienność zwykłych kobiet w czasie okupacji, to nieustanny sprawdzian odwagi, zaradności, zwykłego człowieczeństwa; Modelskiemu dane było rozmawiać z kobietami, które ten sprawdzian zdały na piątkę. Bez patosu, wielkich słów, kobiety z małych miasteczek, wsi i metropolii opowiadają o tym kawałku swojego życia, który odcisnął na nich największe piętno.
Każda z nich w momencie rozpoczęcia wojny żegnała się z dzieciństwem, najstarsza miała 21 lat, najmłodsza 14. Najbliższą przyszłością miały być studia, małżeństwo, kolejna szkoła, matura, życie szybko zweryfikowało te plany. Szeroki jest przekrój społeczny, jaki jawi się naszym oczom: odchuchana panienka z dobrego domu, córka marszałka Piłsudskiego, niezamożna maturzystka, czy prosta dziewczyna z zapadłej wsi. Każda z nich ma do opowiedzenia niesamowitą historię przyspieszonego dojrzewania z heroizmem w tle. Autor pozwolił swoim bohaterkom mówić o wszystkim, co wynikało z pożegnania dotychczasowego życia i konsekwencjom wynikających z odmówienia stania obok wobec następujących nieubłaganie wydarzeń.
Dla Modelskiego dziewczyny wojenne są ciekawsze niż, „Kolumbowie”, jak sam pisze: „ (…) wojna nie była czymś w co się bawiły w dzieciństwie. Nie stroiły się w oficerki, nie chciały być żołnierzami. (…) wojna była, jak zjazd po poręczy, który zaczęły dziewczyny, a skończyły kobiety wysadzające budynki, biorące udział w wykonywaniu wyroków śmierci, prowadzące samoloty, noszące meldunki, ukrywające Żydów, uwodzące oficerów wroga, katorżniczki, czy skazane czekające na śmierć”.
Żadna z nich nie chce być nazywana bohaterką, wszystkie przyznają, że robiły tylko to co uważały za słuszne- ratowały żydowskie dzieci, brały udział w spektakularnych akcjach odbijania więźniów, egzekucjach na zdrajcach; jedna z bohaterek zapisała się do oddziału żywych torped…Codzienność zwykłych kobiet w czasie okupacji, to nieustanny sprawdzian odwagi, zaradności, zwykłego człowieczeństwa; Modelskiemu dane było rozmawiać z kobietami, które ten sprawdzian zdały na piątkę. Bez patosu, wielkich słów, kobiety z małych miasteczek, wsi i metropolii opowiadają o tym kawałku swojego życia, który odcisnął na nich największe piętno.
Każda z nich w momencie rozpoczęcia wojny żegnała się z dzieciństwem, najstarsza miała 21 lat, najmłodsza 14. Najbliższą przyszłością miały być studia, małżeństwo, kolejna szkoła, matura, życie szybko zweryfikowało te plany. Szeroki jest przekrój społeczny, jaki jawi się naszym oczom: odchuchana panienka z dobrego domu, córka marszałka Piłsudskiego, niezamożna maturzystka, czy prosta dziewczyna z zapadłej wsi. Każda z nich ma do opowiedzenia niesamowitą historię przyspieszonego dojrzewania z heroizmem w tle. Autor pozwolił swoim bohaterkom mówić o wszystkim, co wynikało z pożegnania dotychczasowego życia i konsekwencjom wynikających z odmówienia stania obok wobec następujących nieubłaganie wydarzeń.
Dla Modelskiego dziewczyny wojenne są ciekawsze niż, „Kolumbowie”, jak sam pisze: „ (…) wojna nie była czymś w co się bawiły w dzieciństwie. Nie stroiły się w oficerki, nie chciały być żołnierzami. (…) wojna była, jak zjazd po poręczy, który zaczęły dziewczyny, a skończyły kobiety wysadzające budynki, biorące udział w wykonywaniu wyroków śmierci, prowadzące samoloty, noszące meldunki, ukrywające Żydów, uwodzące oficerów wroga, katorżniczki, czy skazane czekające na śmierć”.
czwartek, 22 września 2011
Mdły debiucik
Wrześniowa „Nowa Fantastyka” uraczyła swoich czytelników dodatkowym bonusem, w postaci darmowej książki dołączonej do numeru. „Rezydent wieży” jest debiutem literackim Andrzeja Tuchorskiego i zarazem zwycięzcą konkursu ogłoszonego przez redakcję czasopisma. Całość opowiada o magu, tytułowym rezydencie wieży, człowieku, którego zadaniem jest pomaganie zbłąkanym wędrowcom, sprzedawanie magicznych artefaktów i udzielanie wskazówek, gdy rzecz tyczy się magii. Klavres mógłby spędzać życie w swojej wieży, spoglądając z wyższością na poszukiwaczy przygód i guzów, ale jest w nim coś, co powoduje, że bez przerwy ładuje się w rozmaite tarapaty. Nietrudno tutaj o skojarzenia z Rincewidem, magiem tchórzliwym i nieudolnym , który mimo tego nieustannie grał pierwsze skrzypce w sytuacjach, gdy światu zagrażało niebezpieczeństwo. Niestety, pan Tuchorski nie jest Pratchettem, a wykreowane przez niego uniwersum nie mogłoby nawet pretendować do miana kiepskiego klona Świata Dysku.
Założeniem powieści, składających się z kilku przygód naszego bohatera, była zapewne niezobowiązująca fantastyka: coś lekkiego i przyjemnego w lekturze. Wyszło nawet lepiej, niż autor planował, gdyż „Rezydent wieży” jest tak lekkostrawna literaturą, że po jej lekturze czytelnik ma wrażenie obcowania z pustymi stronami. Kilka dni po przeczytaniu całości trudno przypomnieć sobie dystynktywne cechy bohatera, czy też którąś z jego przygód. Całość sprawia wrażenie naprędce skompletowanego zbioru anegdotek, historyjek i pomysłów, które nie miały szans, by dojrzeć. Bohater nie wyróżnia się niczym, świat przedstawiony nie wyróżnia się niczym, postacie drugoplanowe nie wyróżniają się niczym...Oczywiście nie każdy twórca z dziedziny fantastyki musi kreować oryginalne uniwersum i bohaterów na miarę tych tolkienowskich, ale wypadałoby choć posiedzieć nad całością, by nie była tak mdła i bezbarwna.
Humorystyczna fantastyka to gatunek do którego trzeba szczególnego talentu, nie wystarczy co kilka stron upakować jakiegoś ( w zamierzeniu zgrabnego) bon motu, czy też nieco odwrócić klasyczne schematy. Niestety, Andrzejowi Tuchorskiemu nie udało się stworzyć nawet namiastki tego, czego oczekiwałabym od lekkiego fantasy.
Założeniem powieści, składających się z kilku przygód naszego bohatera, była zapewne niezobowiązująca fantastyka: coś lekkiego i przyjemnego w lekturze. Wyszło nawet lepiej, niż autor planował, gdyż „Rezydent wieży” jest tak lekkostrawna literaturą, że po jej lekturze czytelnik ma wrażenie obcowania z pustymi stronami. Kilka dni po przeczytaniu całości trudno przypomnieć sobie dystynktywne cechy bohatera, czy też którąś z jego przygód. Całość sprawia wrażenie naprędce skompletowanego zbioru anegdotek, historyjek i pomysłów, które nie miały szans, by dojrzeć. Bohater nie wyróżnia się niczym, świat przedstawiony nie wyróżnia się niczym, postacie drugoplanowe nie wyróżniają się niczym...Oczywiście nie każdy twórca z dziedziny fantastyki musi kreować oryginalne uniwersum i bohaterów na miarę tych tolkienowskich, ale wypadałoby choć posiedzieć nad całością, by nie była tak mdła i bezbarwna.
Humorystyczna fantastyka to gatunek do którego trzeba szczególnego talentu, nie wystarczy co kilka stron upakować jakiegoś ( w zamierzeniu zgrabnego) bon motu, czy też nieco odwrócić klasyczne schematy. Niestety, Andrzejowi Tuchorskiemu nie udało się stworzyć nawet namiastki tego, czego oczekiwałabym od lekkiego fantasy.
czwartek, 15 września 2011
Na pohybel pani Meyer, czyli nie taki straszny wampir, jak PRL.
Czystym truizmem byłoby stwierdzenie, że wampiry opanowały kulturę popularną; wszak tylko pustelnika zaszytego w najdzikszej głuszy, ominęła fala histerii na punkcie Edwarda i jego boskiego, skrzącego się w słońcu ciała. Jak to zwykle bywa, na fali sukcesu jednej książki zaczęły powstawać jej klony, żerujące na popularności „dziełka” pani Meyer i odwiecznej skłonności nastolatek do kiepskiej literatury bazującej na opisach głębokich spojrzeń i namiętnych pocałunków.
Romans paranormalny ma się dobrze, mimo że upłynęło już sporo czasu od momentu, gdy chudy Edward wychynął na światło dzienne (jakkolwiek by to głupio nie brzmiało w kontekście postaci wampira). Czytelnicy przyzwyczaili się już do setek takich książek okupujących półki w księgarniach; książek charakteryzujących się pseudo mrocznymi okładkami, na których skąpo odziane dziewoje eksponują swoje wdzięki i szczerzą kły, czy to co tam każda ma do szczerzenia. I nagle, jak powiew świeżości pojawia się książka Pilipiuka, niemiłosiernie nabijającego się z mody na wampiryczne klimaty, przy okazji dworującego sobie niecnie z twórczości pani Meyer.
By rzecz miała dodatkowy smaczek, Pilipiuk osadza akcję swojej powieści w smutnych latach osiemdziesiątych , w pewnym kraju nad Wisłą. Wieczne kolejki, problemy z zaopatrzeniem w sklepach, smutni panowie w prochowcach, brak papieru toaletowego-ot, szara rzeczywistość. Gdzieś w środku tego wszystkiego znajduje się główna bohaterka, która z właściwą dla nastolatek rozwagą, postanawia popełnić samobójstwo na wskutek sercowych kłopotów. Miast być pięknym trupkiem, Małgorzata staje się zdezorientowanym wampirem, który z początku nijak nie wie, jak się zachować. A trzeba dodać, że otaczający ją świat nie jest przyjazny wampirom. Własna babcia strzela do ciebie z dubeltówki, jedwabnych fatałaszków jest jak na lekarstwo, a w kryptach wieje i pachnie wilgocią. Ratunkiem staje się grupa cudacznych osobników, w której jest i hrabia i komunista, a nawet robotnik –przodownik. To właśnie co dziwaczni i kiepsko dobrani towarzysze staną się dla Gośki przewodnikami w jej nowym życiu, po życiu.
Zestawienie przaśnej rzeczywistości późnego PRL-u z wyrafinowaniem, z jakim zazwyczaj utożsamiamy wampiry, daje komiczny efekt. Autor nie żałuje także rożnych intertekstualnych wtrętów, w książce pojawia się pan Samochodzik, Jakub Wędrowycz, czy tez sam Van Helsing. Nie zawsze jest to humor najwyższych lotów, ale miłośnicy Wielkiego Grafomana na pewno pokochają i tą książkę.
Romans paranormalny ma się dobrze, mimo że upłynęło już sporo czasu od momentu, gdy chudy Edward wychynął na światło dzienne (jakkolwiek by to głupio nie brzmiało w kontekście postaci wampira). Czytelnicy przyzwyczaili się już do setek takich książek okupujących półki w księgarniach; książek charakteryzujących się pseudo mrocznymi okładkami, na których skąpo odziane dziewoje eksponują swoje wdzięki i szczerzą kły, czy to co tam każda ma do szczerzenia. I nagle, jak powiew świeżości pojawia się książka Pilipiuka, niemiłosiernie nabijającego się z mody na wampiryczne klimaty, przy okazji dworującego sobie niecnie z twórczości pani Meyer.
By rzecz miała dodatkowy smaczek, Pilipiuk osadza akcję swojej powieści w smutnych latach osiemdziesiątych , w pewnym kraju nad Wisłą. Wieczne kolejki, problemy z zaopatrzeniem w sklepach, smutni panowie w prochowcach, brak papieru toaletowego-ot, szara rzeczywistość. Gdzieś w środku tego wszystkiego znajduje się główna bohaterka, która z właściwą dla nastolatek rozwagą, postanawia popełnić samobójstwo na wskutek sercowych kłopotów. Miast być pięknym trupkiem, Małgorzata staje się zdezorientowanym wampirem, który z początku nijak nie wie, jak się zachować. A trzeba dodać, że otaczający ją świat nie jest przyjazny wampirom. Własna babcia strzela do ciebie z dubeltówki, jedwabnych fatałaszków jest jak na lekarstwo, a w kryptach wieje i pachnie wilgocią. Ratunkiem staje się grupa cudacznych osobników, w której jest i hrabia i komunista, a nawet robotnik –przodownik. To właśnie co dziwaczni i kiepsko dobrani towarzysze staną się dla Gośki przewodnikami w jej nowym życiu, po życiu.
Zestawienie przaśnej rzeczywistości późnego PRL-u z wyrafinowaniem, z jakim zazwyczaj utożsamiamy wampiry, daje komiczny efekt. Autor nie żałuje także rożnych intertekstualnych wtrętów, w książce pojawia się pan Samochodzik, Jakub Wędrowycz, czy tez sam Van Helsing. Nie zawsze jest to humor najwyższych lotów, ale miłośnicy Wielkiego Grafomana na pewno pokochają i tą książkę.
poniedziałek, 5 września 2011
I znów sie dałam wystraszyć...
Wielokrotnie w twórczości S. Kinga pojawia się motyw człowieczeństwa wystawionego na próbę. Amerykański pisarz uczynił wręcz swoim znakiem firmowym bohaterów, którzy postawieni w sytuacjach krańcowych maja dwa wyjścia: starać się w miarę możliwości zachować przyzwoicie, bądź pozwolić, by „ciemna strona mocy” zatriumfowała. Niezależnie od tego, czy mowa o wielkiej epidemii wyniszczającej świat, czy też o dziwacznej kopule odgradzającej małe miasteczko od świata zewnętrznego, King zawsze formuje dwa obozy: tych dobrych i tych złych, a potem obserwuje co wynika z wzajemnych interakcji.
Najnowsza książka Króla Horroru poświęcona jest w całości ludziom postawionym pewnego dnia w nietypowej, czasami mocno skrajnej sytuacji. Mottem każdego z nich mogłyby być słowa jednego z bohaterów: "Wierzę w to, że w każdym człowieku jest drugi człowiek, obcy..."Ten drugi, obcy nie jest kimś, kogo chcielibyśmy ujawniać światu. Wręcz przeciwnie: to ta cząstka nas samych, o której wolimy nie myśleć za często, do której wstydzimy się przyznawać. Jest też tą, która bierze górę w działaniach wszystkich bohaterów „Czarnej bezgwiezdnej nocy”… Począwszy od farmera mordującego żonę, chcącą sprzedać jego ziemię, przez autorkę kryminałów biorącą odwet na swoim gwałcicielu, aż po zwykłego uprzejmego sąsiada, któremu ktoś proponuje naprawdę paskudny interes. Nie zapominajmy też o przemiłej kobiecie w średnim wieku, odkrywającej nagle, że jej mąż, to psychopatyczny morderca, od lat bezkarnie mordujący kobiety. King pokazuje zwykłych, szarych mieszkańców Ameryki w zetknięciu z zupełnie niezwykłymi sytuacjami. Jak się zachowają? To pytanie jest jednocześnie zadawane czytelnikowi, który nie jest w stanie kontynuować lektury bez zastanowienie się: co by było gdybym był/była na jego miejscu?
Jest jak zwykle mrocznie i brutalnie, King zawsze stawiał na mocne efekty, więc przygotować się trzeba na drobiazgowe opisy rozkładającego się ciała, czy też ran odniesionych na wskutek wielokrotnego gwałtu. Jednak najbardziej przerażającą częścią, jest ta w której łapiemy się na kibicowaniu kobiecie planującej morderstwo z zimną krwią. Łatwo jest pozwolić temu „drugiemu” wyjść na zewnątrz…
Najnowsza książka Króla Horroru poświęcona jest w całości ludziom postawionym pewnego dnia w nietypowej, czasami mocno skrajnej sytuacji. Mottem każdego z nich mogłyby być słowa jednego z bohaterów: "Wierzę w to, że w każdym człowieku jest drugi człowiek, obcy..."Ten drugi, obcy nie jest kimś, kogo chcielibyśmy ujawniać światu. Wręcz przeciwnie: to ta cząstka nas samych, o której wolimy nie myśleć za często, do której wstydzimy się przyznawać. Jest też tą, która bierze górę w działaniach wszystkich bohaterów „Czarnej bezgwiezdnej nocy”… Począwszy od farmera mordującego żonę, chcącą sprzedać jego ziemię, przez autorkę kryminałów biorącą odwet na swoim gwałcicielu, aż po zwykłego uprzejmego sąsiada, któremu ktoś proponuje naprawdę paskudny interes. Nie zapominajmy też o przemiłej kobiecie w średnim wieku, odkrywającej nagle, że jej mąż, to psychopatyczny morderca, od lat bezkarnie mordujący kobiety. King pokazuje zwykłych, szarych mieszkańców Ameryki w zetknięciu z zupełnie niezwykłymi sytuacjami. Jak się zachowają? To pytanie jest jednocześnie zadawane czytelnikowi, który nie jest w stanie kontynuować lektury bez zastanowienie się: co by było gdybym był/była na jego miejscu?
Jest jak zwykle mrocznie i brutalnie, King zawsze stawiał na mocne efekty, więc przygotować się trzeba na drobiazgowe opisy rozkładającego się ciała, czy też ran odniesionych na wskutek wielokrotnego gwałtu. Jednak najbardziej przerażającą częścią, jest ta w której łapiemy się na kibicowaniu kobiecie planującej morderstwo z zimną krwią. Łatwo jest pozwolić temu „drugiemu” wyjść na zewnątrz…
piątek, 2 września 2011
Kocury trzy
Małe podwórko przy zadbanej kamienicy, zamykana na domofon brama,- jakiś klomb, jakiś trzepak. Anonimowe miasto, anonimowi ludzie, mieszkańcy jednej kamienicy znający się z widzenia, kilku wymienia grzecznościowe pozdrowienia na schodach, kilku wie o sobie coś więcej, niż nazwisko i imię- powierzchowne kontakty, powierzchowne znajomości.
Pewnego dnia to wszystko się zmienia-na podwórku zwyczajnej kamienicy zjawiają się trzy koty: matka z dwoma młodymi, zaniedbane, chude, nieufne. Zycie kota we współczesnym mieście jest trudne: „Miasto przestało być dla niech przyjazne; kocie życie najeżone było trudnościami”. Stopniowo znikała kocia nieufność i bariery między ludźmi, sąsiedzi zaczęli mieć imiona, osobowość, nawyki: Pani Irena, to ta która pierwsza zaczęła karmić kocić rodzinę, Hubert, to nastolatek budujący domek z kartonu, pan Darek kupił elegancką budę dla psów, gdy skromny karton począł uczucia estetyczne niechętnych kotom mieszkańców kamienicy. I tak od kawałka wątróbki, miseczki mleka, zwykłego ludzkiego odruchu Nowakowski wyprowadza poczucie wspólnoty łączące kamienice i jej mieszkańców.
Autor tworzy ciepłą, optymistyczną bajkę, nawet tragiczna śmierć jednego z kotów nie zakłóca sielskiej atmosfery opowieści. Historia jest tyle ciepła, co błaha. Kilka banalnych przemyśleń na temat kotów: „kot to nomada”, „koty chodzą własnymi ścieżkami”, styka się z optymistycznymi prognozami: „świat się zmienia, ale zawsze znajdzie się miseczka mleka dla bezdomnego kota, bo nie wszyscy ludzie są źli”. Dramatyczne wydarzenia, które wstrząsają lokalną społecznością (zniknięcie kotów, tajemnicza śmierć jednego z nich) nie zakłócają radosnego wydźwięku całej opowiastki o kotach trzech jednoczących prawie całą kamienicę.
Pewnego dnia to wszystko się zmienia-na podwórku zwyczajnej kamienicy zjawiają się trzy koty: matka z dwoma młodymi, zaniedbane, chude, nieufne. Zycie kota we współczesnym mieście jest trudne: „Miasto przestało być dla niech przyjazne; kocie życie najeżone było trudnościami”. Stopniowo znikała kocia nieufność i bariery między ludźmi, sąsiedzi zaczęli mieć imiona, osobowość, nawyki: Pani Irena, to ta która pierwsza zaczęła karmić kocić rodzinę, Hubert, to nastolatek budujący domek z kartonu, pan Darek kupił elegancką budę dla psów, gdy skromny karton począł uczucia estetyczne niechętnych kotom mieszkańców kamienicy. I tak od kawałka wątróbki, miseczki mleka, zwykłego ludzkiego odruchu Nowakowski wyprowadza poczucie wspólnoty łączące kamienice i jej mieszkańców.
Autor tworzy ciepłą, optymistyczną bajkę, nawet tragiczna śmierć jednego z kotów nie zakłóca sielskiej atmosfery opowieści. Historia jest tyle ciepła, co błaha. Kilka banalnych przemyśleń na temat kotów: „kot to nomada”, „koty chodzą własnymi ścieżkami”, styka się z optymistycznymi prognozami: „świat się zmienia, ale zawsze znajdzie się miseczka mleka dla bezdomnego kota, bo nie wszyscy ludzie są źli”. Dramatyczne wydarzenia, które wstrząsają lokalną społecznością (zniknięcie kotów, tajemnicza śmierć jednego z nich) nie zakłócają radosnego wydźwięku całej opowiastki o kotach trzech jednoczących prawie całą kamienicę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








